| Spis treści |
|---|
| Wspomnienia z Grand Princess |
| Praca |
| Ludzie |
| Statek |
| Zwyczaje |
| Ship language |
| Wszystkie strony |
Praca na statku pasażerskim to była dla mnie przygoda życia i jak się później okazało możliwość dostania lepszej pracy w kraju. Pewnie mogłabym napisać książkę na podstawie tych siedmiu miesięcy. Tyle rzeczy się działo i tyle mam wspomnień…
Pomysł wyjazdu do pracy na statek pasażerski pojawił się trochę przypadkiem. Znalazłam adres do SPC International przez internet i wysłałam cv tak samo jak w milion innych miejsc. Odzew był błyskawiczny, okazało się, że trafiłam tuż przed letnią rekrutacją. Dalej sprawami pokierowało już SPC – wzięłam udział w trzy dniowym szkoleniu nad morzem. Po rozmowie kwalifikacyjnej z armatorem nadal traktowałam wyjazd jako ostateczność. Wiedziałam, że dopóki nie będę ponosiła kosztów mogę się zawsze wycofać.
Jeszcze przed szkoleniem poznałam Sylwie i Kingę. Miałyśmy podobne odczucia, póki co traktowałyśmy to na zasadzie co ma być to będzie…wspaniale przy okazji bawiąc się w Trójmieście. Większości kandydatów bardzo zależało na dostaniu się – pamiętam, że przed ostateczną rozmową z armatorem panował stres i nawet płacz. Stety czy niestety wszystkie przeszłyśmy śpiewająco rozmowę i w szampańskich humorach wracałyśmy do domu. Miałyśmy się spodziewać telefonu w ciągu miesiąca a może nawet trzech z informacją kiedy i gdzie jedziemy. W tym czasie miałam w planach znaleźć prace i zapomnieć o statku.
Stało się jednak inaczej.... Telefon zadzwonił już następnego dnia z informacją, że za dwa tygodnie zaczynam kontrakt na Grand Princess!!! Trudna sytuacja, decyzję trzeba było podjąć natychmiast.
Sprawdziłam w internecie trasę tego statku pasażerskiego i wiedziałam, że przez pierwsze 3 miesiące rejs będzie odbywał się w obrębie morza śródziemnego a potem transatlantyk do Stanów, Meksyku, Hondurasu, Belize. Choć brzmiało kusząco nie wyobrażałam sobie takiej rozłąki na święta, sylwestra. Sama świadomość, że przez 8 miesięcy nie będę miała szansy zobaczyć rodziny czy znajomych była przerażająca. Cóż szybka zmiana planów – pojadę na 3 miesiące i przed wypłynięciem statku na Atlantyk wrócę do domu na żądanie.
Zatem decyzja zapadła – jadę. Zapłaciłam za badania (większość robiłam po znajomości więc nie podam kosztów – ale z tego co wiem to obecnie jest to komplet badan włącznie z HIV i nosicielstwem) do tego jeszcze koszt tłumaczenia dokumentów na język angielski – jakieś 200zł i mniej więcej 1500zł dla SPC (w tym były koszty pośrednictwa za wizę statkową). Nie powiem, pokierowali mną jak dzieckiem i wszystko było na gotowe na czas w ciągu dwóch tygodni. Jeszcze tylko zakup olbrzymiej walizki, czarnych i białych butów, 20 par rajstop i białych skarpetek i byłam gotowa. Bilet odebrałam na lotnisku – leciałam do mojej ukochanej Barcelony.
Na miejscu Pan z kartką Princess Cruise nie miał mojego nazwiska na liście, ale po krótkim telefonie już siedziałam w taksówce do hotelu. Po drodze zabraliśmy jeszcze trzy osoby – jednego Angola i jak miło - Artura i Piotrka. Piotrek doświadczony kelner po paru kontraktach trochę zaczął mnie straszyć, natomiast Artur też już wilk morski miał odbyć pierwszy kontrakt w tej kampanii. Dołączył do nas jeszcze Maciek – on też był pierwszy raz. W takim towarzystwie spędziliśmy przemiły wieczór w czterogwiazdkowy hotelu w centrum Barcelony. Hotel boski, żyć nie umierać, ale to były ostatnie moje chwile luksusu.




