|
Maciej i Rafał - ludzie w drodze, autorzy bloga neverendingtrip.net, którzy słowem i obrazem świadomie, a może jednak nieświadomie zarażają innych pasją podróżowania, odkrywania i poznawania tego wszystkiego, co świat ma do zaoferowania. Czytając ten blog nie sposób odnieść wrażenia, że never ending trip Macieja i Rafała to nie tylko zwykła podróż - przesiedlanie się z miejsca na miejsce - to coś zdecydowanie więcej, to ich sposób na życie.
Pomysł na to aby nasze codzienne życie stało się podróżą – tkwił chyba w naszych głowach od dawna. Ciągle gdzieś planowaliśmy jechać, żyliśmy od wyprawy do wyprawy (fragment z bloga).
Maciej, Rafał - dokąd zmierzacie w swoim życiu, co jest tym głównym celem, portem. Czy w ogóle można mówić o czymś statecznym w Waszym życiu?
Gdzie zmierzamy? Przed siebie. Jest jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Podróżujemy już od roku, ale jeśli przyjrzeć się mapie świata, to jest wiele miejsc do odkrycia. Niedawno napisałem na blogu, że na szczęście nigdzie nie musimy cumować na dłużej. Na razie oddajemy się podróży, nie myśląc w ogóle o przyszłości, ewentualnie o tej najbliższej, planując dalszą podróż.
Jest pomysł, aby gdzieś osiąść na rok, po to by poznać dane miejsce lepiej. Mieć sklep gdzie co rano kupuje się pieczywo i miejsce, dokąd chodzi się na kawę, swoje mieszkanie i kilka niepotrzebnych gratów. Rozglądamy się za takim miejscem i pewnie samo się z czasem znajdzie. Bo wierzymy, że w życiu wiele robi się samo, spotyka się odpowiednich ludzi, wpada na pewne pomysły. Nic na siłę.
Życie jest pasmem sytuacji, które z dnia na dzień potrafią odmienić nasz punkt widzenia świata, wyzwań, które dają nam możliwość sprawdzenia siebie w różnych sytuacjach, ale powiedzcie sami jak wygląda to u Was? Jesteście młodymi ludźmi, którzy mają sporo doświadczenia jak na ten wiek, założyliście wspólnie firmę, co wiąże się z nie lada odwagą i poświęceniem się sprawie… Jak to możliwe, że nagle postanowiliście wszystko zostawić i ruszyć w drogę? A gdzie strach, obawa przez przyszłością, myślenie o ustatkowaniu się? Nikt Wam nie odradzał decyzji? Czy było łatwo?

Nie było łatwo porzucić z dnia na dzień coś, co się tworzyło latami. Z drugiej strony, gdy zawitała taka myśl, powoli oswajaliśmy się z nią, nabierając pewności, że chcemy ruszyć. Nie chcieliśmy czekać już dłużej. Pierwszy plan zakładał jeszcze dwa lata w Polsce, potem rok, następnie postanowiliśmy, że będzie to czerwiec 2008, w końcu przyspieszyliśmy nasz wyjazd i 1 lutego 2008 ruszyliśmy w nieznane. Z jednej strony lekki niepokój, z drugiej totalna wolność. I ta wolność nas napędza. Okres ustatkowania mamy już za sobą. Obrośliśmy w tłuszczyk, sprzęty i różne rzeczy, które tak na prawdę nie są człowiekowi w ogóle potrzebne. Nie łatwo było to wszystko zostawić, ale się udało.
W przyszłość patrzymy z optymizmem. Wierzymy, że jeśli będzie trzeba znajdziemy pracę, dom, bo dlaczego miałoby być inaczej.
Czy odradzano nam tego pomysłu? Część znajomych od dawna domyślała się, że wcześniej czy później coś takiego zrobimy, część stukała się w głowę mając nas za zupełnych wariatów. Inni pytali jak długo to będzie trwało: miesiąc, rok, dwa? A my nie potrafimy na to odpowiedzieć. Nam jeszcze mało.
Teraz czas na następne wyzwanie. To trochę jak z nową książką, którą człowiek bierze do reki lub z początkiem filmu. Tabula rasa, biała kartka przed nami, którą zapiszemy tak jak będzie się nam podobało. To naprawdę cudowne uczucie, nieprzemożona radość z wolności, którą sobie daliśmy (fragment z bloga).
Mark Twain napisał kiedyś: Za 20 lat będziesz bardziej rozczarowany tym, czego nigdy nie zrobiłeś, niż tym, co zrobiłeś. Pogromca blondynek Cejrowski dodał: Sprzedaj lodówkę i jedź. To są dobre słowa aby wytłumaczyć naszą decyzję rzucenia wszystkiego i rozpoczęcia niekończącej się podróży, choć niekoniecznie chcemy się z naszej decyzji tłumaczyć, a teoretycznie wszytko ma swój koniec i początek (fragment z bloga).
Jak dużo czasu zajęły Wam przygotowania do podróży, czy staraliście się precyzyjnie planować dzień za dniem, tydzień za tygodniem itd. Może jakieś rady dla osób, które chciałyby jak Wy wyruszyć w podróż, a nie wiedzą jak się za to wszystko zabrać… od czego zacząć?

Planowanie zabija. To już wiemy na pewno. Na początku podróży mieliśmy wstępny szkic tego, gdzie w pierwszym półroczu chcemy się pojawić. I oczywiście wyszło zupełnie inaczej (bo np. Tybet był zamknięty itd...). Dlatego zaczęliśmy podróżować bardziej spontanicznie. Poddaliśmy się fali, która niesie nas przez świat. I tak już na samym początku z Chin wylądowaliśmy na Filipinach (nie planując w ogóle Filipin na 2008 rok) i zupełnie spontanicznie znaleźliśmy się w Malezji, w której zostaliśmy przez trzy miesiące. Nic nas nigdzie nie trzyma, możemy jechać tam, dokąd zapragniemy. I to jest chyba najwspanialsza strona tej wolności.
Przygotowania do samej podróży to czytanie książek, blogów i jakieś zakupy, jak się później okazało zupełnie niepotrzebnych rzeczy, których sukcesywnie się pozbywaliśmy. Rafał zaliczył 10 lekcji mandaryńskiego, bo pierwszym naszym kierunkiem były Chiny. Przeszedł też szybki kurs naprawy rowerów u swojego taty, co podczas 2000 km, które przejechaliśmy bardzo się przydało, i niejednokrotnie mnie zadziwiał.
Do przygotowań należały też różne papierki, banki i inne upierdlistwa, wynajęcie mieszkania, zamknięcie działalności gospodarczej, przekazanie firmy w inne ręce... nie jest tak łatwo uciec od rzeczywistości, a rzeczywistość często nas dogania. Na szczęście w Polsce są nasze mamy, które pomagają nam, gdy trzeba coś załatwić na miejscu.
Więc od czego zacząć przygotowania do podróży? Od spakowania się i nie przejmowania się za bardzo planem i tym co masz, a czego zapomniałeś. Jeśli czegoś nie zabierzesz, kupisz na miejscu. My żałujemy teraz, że nie zaopatrzyliśmy się w nowe paszporty, bo po roku podróży okazało się, że nie mamy już zbyt wiele wolnych kartek. Złożyliśmy wnioski w ambasadzie w Tajlandii i czekamy. Taka biurokratyczna codzienność.
To teraz czas na spowiedź podróżniczą… wyspowiadajcie się nam proszę z tego gdzie jesteście w tym momencie, co już widzieliście - jakie państwa i czy któreś z nich w sposób szczególny wpisało się w Wasze życie.
Odpowiedź na to pytanie znamy już chyba na pamięć, bo jest to pierwsze pytanie, jakie zadają osoby spotkane w podróży. Jak długo, gdzie blablabla.... a więc zaczęliśmy w Kantonie w Chinach, gdzie zamieszkaliśmy u Zoe poznanej na couchsurfing.com Gdy ona odwiedzała rodzinę wraz ze swym polskim chłopakiem Marcinem, my przez dwa tygodnie Chińskiego Nowego Roku opiekowaliśmy się jej domem i dwunastoma kotami.
Potem uciekliśmy na Filipiny, bo w Chinach było jeszcze za zimno. Po miesiącu wróciliśmy i zaczął się początek naszej rowerowej przygody. Walczyliśmy z własnymi słabościami. Dojechaliśmy do ryżowych tarasów w pobliżu Longsheng. Tam zostawiliśmy rowery i uciekliśmy od zimna i deszczu do Yunnanu. Następny był Laos ze wstępnym planem powrotu do Chin, ale znaleźliśmy tanie połączenie do Kuala Lumpur, więc na trzy miesiące wylądowaliśmy w Malezji, zachwycając się wspaniałymi wyspami, nie-dzikim już Borneo oraz po drodze ultranowoczesnym Singapurem i nieco absurdalnym Księstwem Brunei.
W wrześniu grzecznie wróciliśmy do Chin i dojechaliśmy na rowerach niemalże do Wietnamskiej granicy, przy której złapało nas kolejne załamanie i deszcz. Tam też podjęliśmy szybką decyzję, że rowerom już dziękujemy. Potem był Wietnam, Kambodża, Tajlandia i Birma. Teraz jesteśmy z powrotem w Tajlandii, gdzie czekamy na nasze mamy, które przylatują 14go marca, by spędzić z nami dwa tygodnie.
Zaraz potem lecimy odwiedzić naszych znajomych w Kuala Lumpur, tylko na kilka dni w drodze do Manili. Bo święta wielkanocne spędzamy na Filipinach. Czerwiec w Japonii, którą obiecaliśmy sobie już kilka lat temu. I proszę jakie plany tych, którzy nie lubią planować.
Wasz blog neverendingtrip.net zachwyca - teksty, zdjęcia powodują, że człowiek przenosi się do miejsc, o których piszecie, a czas nie ma znaczenia, bo liczy się tu i teraz. Niezwykły sposób, w który przedstawiacie Wasze przygody zachęca coraz szerszą rzeszę wiernych czytelników. Zdajecie sobie sprawę, że w ten sposób macie niesamowitą moc przekazania ludziom podróżniczego bakcyla, a może nawet więcej… ba, na pewno. Jakiś komentarz?

Trochę nas to zaskoczyło. Blog powstał z myślą o rodzinie i znajomych, których pozostawiliśmy w kraju i nie tylko. To dla nich były te relacje i zdjęcia. Jednak nie chcieliśmy tworzyć typowego bloga. Stąd tak mało nas na zdjęciach i opisów w stylu wstaliśmy, umyliśmy się, zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy szukać dworca autobusowego... Bo na dłuższą metę to trochę nudne.
Z czasem zaczęły do nas pisać zupełnie obce osoby, że czytają, oglądają, planują wyjazd lub nie mają na to szans, ale dzięki blogowi mogą podróżować z nami.
Pisanie bloga kosztuje trochę energii, czasu i wymaga systematyczności. Miło, że ktoś to czyta, że ktoś przez chwilę spogląda na świat naszymi oczyma. Dziękujemy wszystkim, którzy nam towarzyszą, bo to w jakimś sensie nas napędza. To naprawdę miłe, gdy nieznajomy przesyła nam zdjęcia zaśnieżonej Warszawy, gdy na ulicy w Bangkoku podchodzi do nas dziewczyna i pyta: Maciej i Rafał? Z neverendingtrip? Wtedy wiemy, że ślęczenie przed kompem ma sens.
Dwóch facetów w podróży, czyli o tym jak sobie radzić na Waszym przykładzie. Czy macie podzielone role, kto robi zdjęcia na blog, kto pisze teksty, kto wytycza trasę? A co się dzieje, gdy się w czymś nie zgadzacie? Czego Rafał nie cierpisz najbardziej u Macieja, a Ty Maciej u Rafała? – zdradzicie nam to?
Dwóch facetów znających się od dziesięciu lat. W tym teamie chyba nic nowego się nie wydarzy. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym podróżować z kimś innym. Mieliśmy czas na dotarcie. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że może już dość świątyń na dziś i pójdziemy na basen. Albo tak jak dziś. Czytamy bardzo rozbudowane menu i w tym samym momencie proponujemy to samo danie.
Podział na role. To ja piszę na blogu, odpisuję na maile i muszę pamiętać o wszystkich upierdliwych sprawach i papierkach. Rafał robi zdjęcia (mnie w ogóle nie wychodzą), Pakuje nasze dwa małe plecaki (ja nie wiem jak on to robi, bo ja próbowałem raz i połowa rzeczy się nie zmieściła).
Czego nie cierpię u Rafała? Jest tego trochę, ale każdy ma swoje wady. A Maciej? Maciej jest cudowny! (to ja piszę, a w tym momencie Rafał wymienia całą litanię jeszcze przez pół godziny, ale tego Wam oszczędzę).
Trasa wytycza się sama. I jakoś nie mamy problemu, czy w prawo, czy w lewo. Gorzej jeśli się pogubimy :) albo nas porwie gangsta taxowkarz. Dziwna rzecz, bez której nie moglibyście się obejść w podróży?
Uzależnieni jesteśmy od komputera, którego wozimy cały czas ze sobą. Hehe, backpakersi z laptopem, ale on na prawdę ułatwia życie. Kochamy nasze śpiworki poszewki, które ratują nas w krytycznych sytuacjach. Gdy w pokoju obrzydliwie brudno i wszystko się rusza zaszywamy się w nich po czubek nosa i śpimy jak zabici. Hm, nie zawsze śpimy w miłych, czystych pokojach.
Ostatnio brakuje nam korkociągu, który zgubił się wraz ze scyzorykiem. Mamy też szachy. Sama praktyczność. Nie ma miejsca na zbędne rzeczy. Żadnych pamiątek.
Zaczęliście podróż na rowerach. Dlaczego akurat tak? Czy to nie dodatkowe obciążenie dla Was? Powiedzcie o plusach i minusach tej formy podróżowania.
Naczytaliśmy się wielu książek o rowerowych podróżach po Azji i zapragnęliśmy też spróbować. Spędziliśmy w ten sposób ponad miesiąc. Rowery dały nam w kość. Fizyczne zmęczenie, pękające szprychy, dętki ... ale było to naprawdę wspaniałe doświadczenie. Zupełnie inny wymiar podróżowania. Trafialiśmy do małych miasteczek i wsi, do których nie docierają już żadni turyści. Poznawaliśmy chińską prowincję, ludzi.
Minusów jest kilka. Tygodniami jesz trzy razy dziennie taki sam makaron. Co prawda kosztuje 2 ¥, ale we wszystkich małych wsiach i miasteczkach smakuje dokładnie tak samo. O ile jedzenie można jakoś przeżyć, to zanieczyszczenie powietrza sprawia, że masz wrażenie jakbyś palił siedemdziesiąt papierosów dziennie. Nawet po górskich drogach wyprzedzają cię co chwilę ciężarówki bez katalizatorów, a ty dusisz się w chmurze spalin.
Z drugiej strony dzięki podróży na rowerach wiemy jak wygląda prawdziwe życie w Chinach. Zrzuciliśmy sporo kilogramów (ja 20, a Rafał 16) i udowodniliśmy, że osoby bez żadnego przygotowania, nie mające nic wspólnego z rowerami i sportem, mogą przejechać 2000 km po górach z pełnym obciążeniem.

Najciekawsze odkrycie kulinarne? Co najdziwniejszego jedliście?
Rzeczy dziwnych i niesamowitych widzieliśmy sporo. Ale żeby od razu wszystko jeść? Kochamy owoce morza. najlepsze i najdziwniejsze znaleźliśmy w Wietnamie. Tam też dokonaliśmy wielkiego barbarzyństwa i zjedliśmy psa. Do dziś nie wiemy o co chodzi z tym psim mięsem, bo wcale nie zachwyca, wręcz przeciwnie. Za to mięso węża jest wyborne.
Nie próbowaliśmy nietoperzy, nie przepadamy za tajskimi chipsami, czyli smażonymi robaczkami i owadami.
Ale ogólnie kuchnia azjatycka jest boska.
Trochę trudno mi sobie wyobrazić Was siedzących w jednym miejscu, mam na myśli powrót do starych pieleszy i kontynuację życia… Czy mimo wielu przygód i niezapomnianych wrażeń w wielkim świecie myślicie o powrocie do Polski?
Absolutnie nie zamierzamy wracać do Polski. Mieszkaliśmy tam 30 lat i to wystarczy. Choć myślimy o powrocie do Europy. Jesteśmy też otwarci na to, że pewnego dnia będziemy mieli okazję zamieszkać gdzieś w Azji. Jest wiele możliwości, jeśli będzie trzeba zaczynać wszystko od nowa, to można zacząć wszędzie.
Spełniając swoje wielkie marzenia nie jeden człowiek miał zwątpienie co dalej, skoro cel został osiągnięty. A co z Wami, skoro zobaczycie już niemal cały świat nie boicie się zwątpienia w przyszłość, czy macie jakiś plan, co dalej? Na koniec zdradźcie nam dokąd sięga Wasza wyobraźnia podróżnicza?
Szczerze mówiąc prawdopodobnie nie uda nam się zobaczyć całego świata. Poza tym są miejsca, które chcemy odwiedzić ponownie, w których mieszkają nasi znajomi. Podróżowanie ma wiele wymiarów. Można jakiś kraj zobaczyć w miesiąc, a można go poznawać przez rok albo i dłużej mieszkając tam i przesiąkając atmosferą. Właśnie o tym marzymy. Aby pomieszkiwać w różnych stronach świata. Mieć swoje cztery kąty, ale nie na całe życie, tylko na jakiś krótki okres. Na rok, dwa. Potem gdzieś dalej. To nasze marzenie. Neverendingtrip.
W swojej podróży na pewno spotykacie innych gap year’owiczów. Jakie narodowości przeważają? Czy jest coś w gap year’owiczach, co wyróżnia tych ludzi spośród innych, „coś” specyficznego. Refleksja Maćka i Rafała na temat gap year…
Wszedłem na portal gapyear.pl i zacząłem się zastanawiać, czy to co właśnie robimy to jest gap year. I chyba nie. Bo po pierwsze dłużej niż rok i bez postanowienia powrotu. Ale samo zjawisko jest bardzo popularne, mocno zakorzenione w kulturach takich państw jak USA, Kanada, czy Izrael. Spotkaliśmy też wielu takich ludzi z Europy. Dla tych młodych ludzi jest to proste. Zazwyczaj robią to przed lub po rozpoczęciu studiów. Izraelczycy – po zakończeniu obowiązkowej służby wojskowej. W tych krajach jest łatwiej, bo gap year jest kulturowo wpisany w życiorys. Oczywiście nie każdy amerykański nastolatek rusza w świat, ale podejmując taką decyzję nie musi wszystkim się tłumaczyć. Łatwiej im również od strony finansowej.
Gap year'owicz wyrusza w podróż z postanowieniem powrotu. Staje się bardziej samodzielny. W podróży nie jest sam. Towarzyszą mu dziesiątki takich jak on. W Azji jest cały przemysł turystyczny służący backpackersom. Biura podróży, hostele, firmy przewozowe ... Przewodniki LP są dla nich biblią, wyznaczają szlaki, a miejsca w nim nieopisane po prostu nie istnieją.
Każdy z nich wróci na studia, podejmie pracę. Dlatego też każdy pod koniec swojej podróży szyje sobie u tanich azjatyckich krawców garnitur (lub dwa) i komplet koszul. Dopiero gdy zobaczyłem znajomego Kanadyjczyka (z notorycznie niedomytymi nogami) trzymającego starannie zapakowane garnitury uświadomiłem sobie, że dla niego to przerwa, która niedługo się kończy. My podążamy dalej i na pewno nie zamierzamy zamawiać garniturów.
wywiad przeprowadziła Ewelina Poleszak odpowiadali Maciej Tyszecki i Rafał Gawęda neverendingtrip.net zdjęcia Rafał Gawęda
|