|
Rok wędrującego życia to projekt artystyczny, polegający na objechaniu samotnie kuli ziemskiej. Pomysłodawcą i równocześnie wykonawcą jest Sławomir Brzoska - artysta i pedagog poznańskiej ASP. Przez rok będzie prowadził nomadyczny sposób życia.
Gdzie aktualnie jesteś i od jak dawna w drodze? Podróżuję od 18 czerwca 2007, czyli prawie od 3 tygodni. Aktualnie jestem w środkowo-zachodniej Argentynie w mieście Mendoza. 2 dni temu chodziłem w t-shircie, teraz jest tu śnieg!

Skąd pomysł na taki wyjazd? Jak wyglądały przygotowania do niego? Pomysł na wyjazd? Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po pierwszej podroży po Indiach w 1997 roku poczułem, że spotykanie ludzi, włóczenie się po świecie to jest mój żywioł. Mam stałą, ale dość luźną pracę. Jako wykładowca akademicki mam 3 miesiące wakacji i co roku stawiam sobie coraz większe wyzwania a propos wędrowania przez świat. 2 lata temu drugi raz objechałem Azję, rok temu odwiedziłem Afrykę północno-zachodnią i poczułem, że wiek 40 lat to dobry moment, by objechać kule ziemska. Wziąłem roczny urlop z pracy i wyruszyłem. Przygotowania to określenie trasy, sprawdzenie połączeń pomiędzy krajami, ogólne obliczenie kosztów całego przedsięwzięcia, szczepienia, poszukiwanie patronów medialnych, co pomaga w zdobyciu ewentualnych sponsorów i...w drogę! Jak zdobyć środki na podobny wyjazd? Oszczędzałem dość długo z myślą o takiej wyprawie, wiec większość środków miałem własnych. Zdobyłem jednak sponsorów. W zamian za zdjęcia, które zrobię w trasie dotyczące konkretnej działalności sponsora, zdobyłem pieniądze. Miałem już sporo zdjęć z poprzednich podroży i na ich podstawie zaufano mi, dając pieniądze i wierząc, że materiał, jaki przywiozę, będzie przydatny. Niektóre moje fotografie służyły do realizacji bilboardow. Czym się kierujesz, wytyczając trasę? Trasa jest wytyczona intuicyjnie, niektórymi informacjami zdobytymi od innych podróżujących, ale często w praktyce odbiega nieco od planów. Lubię improwizować w podroży. Większość zachodnich turystów, których spotykam w drodze zaopatrzona jest w tomy przewodników Lonely Planet. Ja zamierzam przebyć kilkadziesiąt krajów i przewodniki byłyby za ciężkie. I tak dźwigam zbyt duży plecak - ponad 25 kilo. Czy masz poczucie, że coś poświęcasz, z czegoś rezygnujesz? A może raczej, że żyjesz pełnią życia? Podroż to zawsze jakiś wybór. Czuję, że poświęcam coś, kosztem podroży. Poświęcam własną stabilizację, nie zakładam na razie rodziny. Chęć bycia w drodze to przekleństwo i szczęście zarazem. Każdy z czegoś rezygnuje kosztem innego, wiec nie myślę, bym z tego powodu był nieszczęśliwy. Czasem ogarnia mnie nostalgia, ale na ogół w podroży tak wiele się dzieje, że nie ma czasu na roztkliwianie się nad sobą. Taka podroż wymaga ciągłej czujności. Trochę jak dzikie zwierze. Odpowiada mi to.
Prowadzisz bloga w czasie podróży - czym dla Ciebie jest internet w czasie podróży? Internet jest łącznikiem z rodzina i przyjaciółmi. Kiedyś nie używałem go w drodze. Teraz czuje, że nie podróżuje sam, będąc w sieci, czytając emaile od znajomych i wysyłając im swoje listy. Chyba jednak bez tego podroż byłaby bardziej niezwykła. Ale cóż: Internet to nałóg. Czy czujesz się współczesnym nomadem? Nomadyzm to coś, co wraca w innej postaci w ludzkim życiu. Mamy karty kredytowe, telefony komórkowe i to wszystko pozwala nam nie być związanym z jednym miejscem. To wtórny nomadyzm. Mnie bliskie są ludy, które wędrują. Dobrze się czuje z nomadami w Indiach, których poznałem na pustyni Thar, w zeszłym roku żyłem ponad tydzień z nomadami w Mauretanii. To niezwykle doznanie. Powrót do naszej pierwotnej natury. Abel był nomadem, pasterzem, ale zabił go brat rolnik. To stało się ogólnym przeznaczeniem ludzkości. Zbudowaliśmy domy, odgrodziliśmy się od sąsiadów. Nomadzi nie maja granic pomiędzy sobą. W oazie w Mauretanii ludzie nie trzymają psów, bo te mogłyby być groźne dla innych mieszkających obok. Każdy dom jest domem wspólnym. Można w każdej chwili przyjść, pogadać, wspólnie zjeść posiłek. Twoje najciekawsze odkrycie kulinarne? Najbardziej lubię kuchnie indyjska i chińska. W Mauretanii jadłem, co drugi dzień. mięso wielbłąda z kuskusem i piłem wodę wprost ze studni. Do najbliższego miasta było wiele kilometrów przez pustynię, więc nie było alternatywy. Od rana do wieczora jedliśmy też daktyle zrywane z palm. Ta dieta nie dla mnie. Indyjska kuchnia, zresztą jak całe Indie, to szaleństwo zmysłów. Je się często rękami, więc to nie tylko odczucia smaku i zapachu ale i dotyku. Inna sprawa to higiena... . W Chinach jak i całych Indochinach na każdym kroku i o każdej porze można cos zjeść. To wspaniale. Tu, w Argentynie niestety dopiero wieczorem otwierane są restauracje. W ciągu dnia trudno znaleźć coś ciepłego do jedzenia.
Więcej o podróży można przeczytać na travelblogu brzoska.blog.onet.pl
|