|
Andrzej i Alicja ruszają w podróż dookoła świata, która jak zakładają potrwa ponad trzy lata. Podróż ta ma udowodnić, że można powiedzieć do siebie: "Czekaj stary. Coś tu nie gra. Życie przemyka Ci przez palce, nie sądzisz?"
Trasa podróży przez wszystkie 7 kontynentów jest pomyślana tak, aby podróżować bez latania samolotami. Globtroterzy chcą obalić mit, że podróżowanie musi łączyć się z wielkimi pieniędzmi. Więcej o ich planach można przeczytać na stronie loswiaheros.pl, ale to co jest najbardziej interesujące, przy tak długiej podróży to reakcja otoczenia na ich plany.
Jak zareagowało Wasze najbliższe otoczenie na ten pomysł?
Andrzej: Moje najbliższe otoczenie już trochę się przyzwyczaiło do podróży, ale co podróż, to albo dalej, albo bardziej ekstremalnie. Tym razem też większość zapytała: "Na ile? Na 3 lata?" Na co ze stoickim spokojem odpowiadamy – na 3, 4 albo 5 – wyjdzie w praniu…:)
Alicja: Reakcje były rozmaite. Niektórzy stanowczo odradzają i straszą nas niestworzonymi historiami, inni pytają skąd weźmiemy pieniądze, jak będziemy prać ciuchy, co będzie jak zachorujemy lub porwą nas Talibowie itd. A są też osoby, które w pełni nas popierają, niektórzy podziwiają, bo sami nie zdecydowaliby się na taki krok.
W jaki sposób opinie innych ludzi, najbliższych osób miały wpływ na tą "życiową" decyzję?
Andrzej: Nie miały. To jest coś, co było w nas. Oboje czuliśmy, że chcemy coś takiego zrobić. Nikt nikogo nie namawiał, nie przekonywał. Tak po prostu wyszło.
Alicja: Pomysł objechania świata powstawał stopniowo, w zaciszu naszego małego pokoiku i przez dłuższy czas nikt o nim nie wiedział. Początkowo miała być to podróż po całym kontynencie azjatyckim, ale wielogodzinne studiowanie mapy poprowadziło nas trochę inną drogą – dookoła świata. Nie sugerowaliśmy się nigdy opiniami innych, może zachętą do podjęcia takiej decyzji była podróż Kingi i Szopena, opisana w książce „Prowadził nas los”.
Wsparcie, pocieszenie i poparcie dla pomysłu? czy pukanie się w czoło i nadawanie etykietki „szaleńcy”? – pierwsze reakcje ludzi. Co słyszeliście jako pierwsze słowa?
Andrzej: To zależy. Nasi najbliżsi znajomi bardzo nas wspierają. Trzymają kciuki, kibicują, pomagają w różnych kwestiach, Powiem szczerze – gdyby nie wsparcie i zrozumienie najbliższych byłoby o wiele trudniej. Nieznane nam osoby reagują dwojako – jedni są oszołomieni pomysłem i sposobem, w jaki chcemy to zrobić (lądem w kilka lat) i trzymają kciuki. Inni zaś pukają się po głowie, wysuwają różne tezy i przypuszczenia, że to nie możliwe, że skąd pieniądze, że nie da się etc. Druga reakcja jest zupełnie skrajna – lekkoduchy, szaleńcy, nie wiedzą na co się piszą, tego nie da się zrobić, mają kupę kasy i szpanują etc. Każdy ma prawo do własnych opinii.
Alicja: To co słyszymy na temat naszego wyjazdu to cała paleta rozmaitych opinii, są tak różne, jak różne są osoby, które je wygłaszają. Oczywiście milej jest słuchać tych pozytywnych reakcji, ale ci, którzy odnoszą się do naszego pomysłu z dystansem, są dla nas inspiracją: mamy kogo przekonać, że taka podróż jest możliwa.
Jak uważacie, czy swoich najbliższych należy przygotować w szczególny sposób zanim oznajmimy im decyzję o tak wielkim przedsięwzięciu podejmowanym przez nas? A jak zrobiliście to Wy? Macie swój sekret?
Andrzej: Ja zrobiłem to stopniowo. Mimo, iż moja rodzina jest przyzwyczajona do moich dalekich podróży, zdawałem sobie sprawę, ze te kilka lat będzie problemem i zacząłem dawkować im bodźce ;) Najpierw, że jedziemy dookoła świata, potem że nie wiemy kiedy wrócimy, a na koniec, że chcemy lądem i zejdzie nam pewnie ze 3 lata. No może 4, albo5. I jakoś przeszło :)
Alicja: Nie mam pojęcia jak to zrobić w umiejętny sposób. Pewnego dnia po prostu powiedziałam o naszym pomyśle rodzicom i tyle. Oczywiście trudno w takiej chwili oczekiwać jakiejś entuzjastycznej reakcji, ale w końcu są to najbliższe nam osoby i nic dziwnego, że będą się martwić, nie przesypiać nocy i popłakiwać. Z tą świadomością też trzeba sobie radzić w podróży. Z drugiej strony, kiedy jest się na drugim końcu świata w dżungli, czy na pustyni, albo wysoko w górach dobrze jest wiedzieć, że w Polsce, w moim przypadku w Toruniu jest ktoś, kto życzy nam jak najlepiej i czeka na nasz szczęśliwy powrót.
Na pewno spotkaliście się z stereotypowym myśleniem „a po co Wam to”. W jaki sposób radziliście sobie z takimi reakcjami? Jak się przed tym bronić?
Andrzej: Jeśli ktoś pyta, a po co Wam to od razu wiem, że dyskusja będzie bardzo ciężka, ale w końcu to jedno z założeń naszej podróży, otworzyć ludziom głowy i pokazać, że się da.
Alicja: Jesteśmy absolutnie pewni, że chcemy wyruszyć w tę podróż i chyba niczyja negatywna reakcja nie jest w stanie nas od tego odwieść. Tak czujemy i chcemy w tę podróż udać się razem, a jak się ona potoczy, to się okaże. Żeby to sprawdzić musimy spakować plecaki i wyjść z domu. Dlatego wszelkie próby odwiedzenia nas od tego pomysłu to daremny trud. Robimy to tylko dla siebie i w sumie mało nas obchodzi czy ktoś rozumie naszą decyzje czy nie.
A szef? Współpracownicy? – to musiało być ciekawe! Jak oni to odebrali?
Andrzej: Jestem w tej komfortowej sytuacji, że nie mam szefa. Prowadziłem swoją firmę, którą zamknąłem. Długo nad tym myślałem, bo szkoda mi było włożonego wysiłku w rozwój interesu, ale nie wyobrażam sobie, że może się tu coś kręcić, a ja będę ze spokojnym sumieniem jeździł po świecie. Jeszcze gdyby nie formalności i sprawy księgowe, to ok., ale to jest największy strapienie dla osoby prowadzącej swoją działalność – urzędy. Rety, jak ja się cieszę, że oderwę się od nich w końcu.
Alicja: W moim przypadku sprawa jest prosta. Przez ostatni rok pracowałam na kontrakcie który kończy się 30 czerwca br. i nigdy nie miałam zamiaru go przedłużać. Współpracownicy jednak oczywiście z niedowierzaniem i dystansem wysłuchiwali moich opowieści o dalekich podróżach. Nie są to jednak bliskie mi osoby, więc zupełnie nie przejmowałam się ich komentarzami.
Najdziwniejsze, te pozytywne i te negatywne, reakcje na Waszą decyzję? Podzielcie się tym z nami…
Andrzej: Co z Waszą karierą, z pracą, z dziećmi i jak to tak bez ślubu? Jak można tak nonszalancko podchodzić do życia? A z tych pozytywnych… o rety, ale wam zazdrościmy, będziemy śledzić relacje na Waszej stronie i choć tak będziemy z Wami. Trzymamy kciuki, żeby wszystko się udało i żebyście spotykali samych dobrych ludzi na drodze :)
Alicja: Ostatnio przeczytałam w Internecie komentarz do artykułu o naszej podróży, gdzie pewien internauta stwierdził, iż takie podróżowanie to „nędzna wegetacja”. Dla mnie nędzną wegetacją jest stała, regularna praca, kredyty na dom i samochód, życie w ciągłym biegu, gdzie na pierwszym miejscu jest "kasa". Jak mówią słowa mojej ulubionej piosenki: "Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma." Każdemu odpowiada cos innego. Mam wrażenie, że pozytywnych reakcji jest więcej. Najbardziej cieszy mnie to, gdy ktoś zainspiruje się nasza podróżą i planuje własną. Jest już kilka takich osób.
Już za dni parę, za chwil kilka zostawicie wszystko to, co towarzyszyło Wam do tej pory, aby zrealizować swoje marzenie – jakie towarzyszą Wam emocje?
Andrzej: Na dwa tygodnie przed wyjazdem jesteśmy strasznie zmęczeni przygotowaniami. Trzeba skompletować sprzęt, pozałatwiać formalności na najbliższe lata z góry, ubezpieczenia, mieszkanie – to najgorsze. Wszystko trzeba spakować w kartony! Tym jesteśmy trochę przytłoczeni, ale wystarczy, że pójdziemy na jakieś slajdy, spotkamy się ze znajomymi i już werwa wraca :) Jeszcze pożegnania, pewnie bez łez się nie obejdzie…
Alicja: Na razie emocje wzbudza kompletowanie sprzętu na wyjazd. Jest to wbrew pozorom trudne i czasochłonne zadanie. Zwłaszcza, że założenie jest takie, że mój plecak ma ważyć ok. 15kg, a Andrzeja ok. 20kg. Poza tym musimy załatwić mnóstwo rzeczy i pożegnać się ze wszystkimi znajomymi przed wyjazdem. I w ten sposób jakiekolwiek rozmyślania na temat wyprawy schodzą na plan dalszy.
Podróż dookoła świata, czyli to na co się decydujecie nie jest czymś „normalnym” dla wielu śmiertelników. To odpowiedzialna decyzja, która wymaga rozwagi, ale wśród nas nie brakuje ludzi uważających takie osoby za „beztroskich szaleńców”. Za kogo się uważacie, za zwykłych ludzi czy szaleńców? Ja bym tu dodała pozytywnych szaleńców opętanych chęcią przygody …
Andrzej: Niczym nie różnimy się od zwykłych ludzi. Pracowaliśmy jak wszyscy, żyliśmy jak normalni ludzie. Poza tym, że jesteśmy otwarci na taką podróż…
Alicja: Jedno nie wyklucza drugiego. Jestem zwykłym, najzwyklejszym człowiekiem, który czasem potrzebuje odrobiny szaleństwa, żeby nie zwariować i przypomnieć sobie co jest dla mnie w życiu najważniejsze.
Gdybyście musieli w tym momencie udzielić jednej rady - najbardziej wg Was istotnej - osobom, które planują swoją wymarzoną podróż, ale spotykają się z negatywną reakcją otoczenia to jak by ona brzmiała?
Andrzej: Przełamać się i uwierzyć w to, że się da coś takiego zrobić. Reszta przyjdzie sama. Nie przejmujcie się też opiniami innych ludzi, sceptyków, wiecznych gburów i pesymistów życiowych. To każdy z nas kreuje swoją rzeczywistość.
Alicja: Jeżeli jesteś naprawdę zdecydowany wyruszyć w tę podróż, jeśli naprawdę to jest to czego potrzebujesz i bezustannie o tym myślisz, to pakuj plecak i jedź. Nikt nie jest w stanie Cię zatrzymać.
Trzymamy kciuki i będziemy bacznie przyglądać się Waszej wyprawie, wspierać pozytywnym myśleniem i mamy nadzieję, że takich ludzi jak Wy – z taką wiarą i odwagą w realizację marzeń będzie przybywać. Bo właśnie dzięki takim zwykłym - niezwykłym ludziom ten świat nabiera kolorów.
wywiad przeprowadziła Ewelina Poleszak odpowiadali Alicja Rapsiewicz i Andrzej Budnik loswiaheros.pl zdjęcia Andrzej Budnik
|