Niedługo minie czwarty miesiąc odkąd wyjechaliśmy. Wiele już przeżyliśmy, wiele niesamowitych rzeczy zobaczyliśmy i wielu serdecznych i pomocnych ludzi na naszej drodze spotkaliśmy. A nadal tyle jeszcze przed nami...
Podróż z Włóczykijami dookoła świata czyli jak to się dla nas zaczęło?
Na początek pojawił się „pomysł” wyjazdu, podróży dookoła świata. Pojawił się on w lutym 2006 roku na nartach, na wyciągu narciarskim, w trakcie jednej z rozmów o wszystkim i o niczym. Właściwie było to hasło, pomysł.... nie mieliśmy pojęcia jak się do tego zabrać... czy cokolwiek z tego wyjdzie... chodziło bardziej o idee jakiejś większej i dłuższej podróży... na którą chcemy sie wybrać po ślubie (jeszcze nie byliśmy nawet zaręczeni). Wiedzieliśmy jednak, że jeżeli coś ma z tego wyjść to czas najwyższy zabierać się do roboty. Właśnie wtedy postanowiliśmy odkładać pieniądze, założyliśmy konto o nazwie Marzenia, na które każdy z nas co miesiąc przelewał po 500zł. Nie zawsze było łatwo ale pilnowaliśmy się mocno. Czasem udało się nawet odłożyć trochę więcej.

Czas mijał a hasło podróży gdzieś się stale przewijało ale poza odkładaniem pieniędzy, regularnym dokupywaniem sprzętu sportowo - campingowego, który i tak nam był potrzebny, oraz sporadycznym przeszukiwaniem internetu nie za wiele robiliśmy.... Przygotowania do ślubu i wesela (choć w większości przejęli to rodzice) zajmowały nasze myśli i wolny czas. Dominika kończyła kolejne studia podyplomowe... pisanie pracy a na tydzień przed ślubem międzynarodowy egzamin z zarządzania projektami. Tak naprawdę dopiero w październiku zaczęły się poważne rozmowy o wyjeździe... pojawiły się również wątpliwości... i to niemałe..., był pomysł kupienia działki.... mieliśmy dobre prace..., życie było wygodne i całkiem bezpieczne... własne mieszkanie (oczywiście z 25 letnim kredytem), które z jednej strony chcieliśmy skończyć urządzać a z drugiej strony pytanie czy wydawać pieniądze na telewizor, kolejne meble i sprzęty? czy jednak wyjeżdżamy? Wiedzieliśmy jedno: chcieliśmy pojechać na dłużej niż trzy tygodnie a urlopu nam nikt na dłużej nie da (u Tomka w pracy nawet 3 tygodnie były niemożliwe) więc tak czy siak musimy z pracy zrezygnować... a jak już musimy zrezygnować i po powrocie zacząć wszystko od początku to po prostu nie opłaca się wyjazd na 2-3 miesiące tylko już na rok. Do tego dochodziły fundusze. Realnie patrząc, nie stać nas na cały rok podróżowania więc musimy tak dobrać trasę by po kilku miesiącach podróży móc gdzieś zarobić na dalszą jej część. Do tego pierwsze rozmowy z rodzicami, nie były łatwe... pomysł ich zaszokował i zdajemy sobie sprawę , że trochę inaczej wyobrażali sobie nasz początek wspólnego, małżeńskiego życia..., jeszcze trudne do zrozumienia było to, że przecież nam się wszystko dobrze poukładało, dobra praca, zadowalające zarobki (Tomek w międzyczasie awansował na stanowisko kierownicze), mamy już mieszkanie, samochód, wszystko co jest potrzebne na start. A jednak wydziwiamy i narzekamy, że nam czegoś w tym wszystkim brakuje, coś się nie podoba i taki pomysł.... Sami się mocno wahaliśmy.... ale chwile niepewności i wątpliwości przeżywaliśmy jakoś na zmianę i w końcu ostateczna decyzja zapadła w grudniu... WYJEŻDŻAMY !!! Skoro decyzja została podjęta, najwyższy czas było zacząć wszystko organizować i przygotowywać. Studia Dominiki okazały się być tutaj bardzo pomocne... Pierwszą rzeczą było znalezienie biletów i zdecydowanie się na trasę. Wiedzieliśmy, że chcemy odwiedzić Amerykę Południową - to było nasze marzenie (Tomek jeszcze studiował Latynoamerykanistkę), wiedzieliśmy również, że gdzieś musimy zarobić pieniądze.... niestety na całość wyprawy nie mieliśmy. Więc założenie było następujące - spędzać czas w tańszych krajach a dorobić w bogatych: Australia lub Nowa Zelandia.
Poszperaliśmy w internecie, przeglądnęliśmy różne fora internetowe, przeróżne oferty biletów Round The World, których jak się okazało jest cała masa.... i zdecydowaliśmy się na bilet najtańszy. Mało elastyczny ale pozwalający nam zwiedzić Amerykę Południową, Oceanię i daleką Azję a dodatkowo zatrzymamy się, żeby popracować w Nowej Zelandii. W oparciu o wybrany bilet powstał następujący ramowy plan naszej podróży:
- Ameryka Południowa (Peru, Ekwador, Boliwia, Brazylia, Argnetyna, Chile): maj – październik.
- Nowa Zelandia: październik – początek stycznia.
- Fidżi – 2 tygodnie.
- Australia – 3 tygodnie.
- Azja południowo – wschodnia (Indonezja, Singapur, Malezja, Tajlandia, a jak czas pozwoli to Kambodża, Laos i Wietnam): 2-3 miesięcy.
Jeśli chodzi o fundusze to mieliśmy jakieś wcześniejsze oszczędności, do tego to, co zdołaliśmy odłożyc na koncie Marzenia oraz całe pieniądze z wesela (urządzanie mieszkania zostawiliśmy na potem....). Co według zakładanego budżetu powinno nam wystarczyć na Amerykę Łacińską i początek w Nowej Zelandii. Dodatkowo chcieliśmy też zrobić coś dobrego dla innych i popracować jako wolontariusze poświęcając na to miesiąc z naszej rocznej podróży więc jeszcze w Polsce szukaliśmy rożnych możliwości. Właśnie wracamy na miesiąc do Peru, do Puerto Bermudez gdzie będziemy pomagać polskiemu misjonarzowi – księdzu Henrykowi. Następny etap to były szczepienia, szukanie odpowiedniego ubezpieczenia, sprawdzanie wiz, zakupy i racjonalne planowanie wydatków.... nadal liczne pytania: co zrobić z mieszkaniem (kredyt trzeba splacać), samochodem... założyć stronę internetową czy bloga..., jak najłatwiej to potem obsługiwać? Jak umieszczać zdjęcia... Wiele rzeczy musieliśmy się jeszcze nauczyć... Do tego doszedł jeszcze cały ogólny przegląd naszego stanu zdrowia oraz przygotowanie apteczki. W międzyczasie okazało się, że od marca 2007 kartę Euro 26 można kupić do 30 roku życia co powoduje, że za ubezpieczenie nie musimy płacić 2000zł tylko 85zł (i w dodatku mamy wersje sportową). Przed nami byla długa lista zakupów: laptop, aparat, śpiwory, namiot, plecaki, buty, kuchenka i wiele mniejszych przydatnych gadgetów, elektronika, mapy, przewodniki... Wymiana wszystkich dokumentów związanych ze zmianą nazwiska Dominiki i przemeldowaniem Tomka, uporządkowanie spraw papierkowych, zmiany warunków umów z operatorami telefonii komórkowych, ubezpieczenie mieszkania, skany wszystkich dokumentów zostawione na płytce w Polsce i zabrane ze sobą, lista z osobami kontaktowymi, segregacja i zostawienie wszelkich gwarancji czy dokumentów związanych z mieszkaniem w jednym konkretnym miejscu... Potem jeszcze zostawienie pełnomocnictwa na wypadek rożnych nieprzewidzianych sytuacji, mieszkanie w sumie wynajęliśmy częściowo znajomemu a po części pomieszkuje tam brat Dominiki, samochód zostawiliśmy siostrze Agnieszce.
Na koniec zostały imprezy pożegnalne: z rodziną i znajomymi. 14 maja wyruszyliśmy na początek do znajomych w Londynie a 17 maja mieliśmy już samolot do Limy.... i tak się zaczęło...
Niedługo minie czwarty miesiąc odkąd wyjechaliśmy. Jesteśmy właśnie na południu Argentyny i wkrótce wracamy do Peru, na miesięczny wolontariat. Wiele już przeżyliśmy, wiele niesamowitych rzeczy zobaczyliśmy i wielu serdecznych i pomocnych ludzi na naszej drodze spotkaliśmy. A nadal tyle jeszcze przed nami...
Dziś możemy powiedzieć, że zdecydowanie się na ten wyjazd było jedną z najważniejszych i najlepszych decyzji podjętych w naszym dotychczasowym życiu. Nie znaczy to, że zawsze jest łatwo i różowo ale każdy spędzany w podróży dzień jest wyzwaniem, odkrywaniem czegoś nowego, poznawaniem tego niesamowitego i pięknego świata. Dlatego taką przygodę polecamy wszystkim! Życzymy odwagi w podejmowaniu decyzji i pamiętajcie, że każde, nawet najdziwniejsze marzenie, dane nam jest z mocą do jego spełnienia... tekst i foto: Dominika i Tomasz Gniłka 02.09.2007, Bariloche (Argentyna) www.podroznicy.com.pl
|