| W przedsionku Amazonii |
|
Każde wydarzenie przeżyte w Selvie po raz pierwszy to coś magicznego.
San Lorenzo to ośmiotysięczna osada metysów w północno – wschodnim Peru, głęboko w Amazońskiej Selvie – hiszpańskie słowo oznaczające dżunglę. Aby tam dotrzeć, musiałam pokonać ponad tysiąc kilometrów przez pustynie północnego wybrzeża i przez Andy, a następnie czterysta kilometrów rzekami Huallaga i Marañón, bo od Yurimaguas nie ma już kontaktu z północno – wschodnim Peru.
Po ponad rocznej pracy w Piura, na obrzeżach pustyni Sechura, wyruszyłam w ostatnich dniach grudnia do misji salezjańskiej w San Lorenzo, z zadaniem zorganizowania tam programu wakacyjnego dla dzieciaków z misji. Od ponad roku pracuję tu, w Peru, jako wolontariuszka Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego Młodzi Światu. Z każdym dniem przekonuję się, że pomysł wyjazdu po maturze był jedną z najtrafniejszych decyzji w moim życiu, wbrew wszystkiemu, co mówiła rodzina, łamiąca nade mną ręce babcia, czy znajomi, martwiący się o moją karierę uniwersytecko - zawodową. A ja jestem tutaj, w Amazonii, naprawdę nie wyobrażam sobie dla siebie innego miejsca na Ziemi. I chcę zabrać się do pracy.
Ale nie da się nie zachwycać tym niezwykłym miejscem. Życie mieszkańców uzależnione jest od rzeki, od tego czy wzbiera, czy opada, jakie ryby daje, jak silny jest prąd... Rytm jest prosty, wszyscy wstają o 5.30 (wtedy na godzinę elektrownia urzędu miasta włącza prąd). O 6.15 wschodzi słońce, piętnaście minut później gasną wszystkie żarówki. Zabłysną od nowa po dokładnie 12 godzinach, kiedy słońce chyli się ku zachodowi. Aż do 23.00 mieszkańcy będą cieszyć się z dobrodziejstwa elektryczności, potem zasną. Od pierwszych godzin przed świtem rynek jest pełen głosów i rozmów w ośmiu językach. Przeważa hiszpański, ale do miasteczka napływa każdego dnia spory numer mieszkańców okolicznych plemion- każde mówi własnym językiem. Etni w obrębię parafii jest siedem, między nimi sławni Achuar (znani jako Jíbaros), Chayahuitas, Huambisas, Aguarunas... Poza językiem różnią ich stroje, zwyczaje, obrzędy. Niewielu Indian utrzymuje do dziś swój prymitywny sposób życia w ścisłej formie. Przyjeżdżają do miasteczka, by wymienić mięso, skóry i ozdoby na koszule i spodnie, broń i proch, proszek do prania, gumowe klapki. Jednak na pewno kobieta będzie szła kilka kroków za mężczyzną, niosąc na plecach kosz wyładowany towarami: przy pomocy palmowego paska wiesza pleciony kosz na czole, aby kark przejął większość wagi. To w miasteczku, bo w dżungli jest inaczej, tam kobieta idzie pierwsza, wystawiając się na potencjalne niebezpieczeństwo. Czasem niektórzy „indígenas” przyjeżdżają w tradycyjnych strojach lub ozdobach – kobiety Chayahuitas w krótkich, falbaniastych bluzeczkach, mężczyźni Achuar z długimi warkoczami, oplecionymi czerwonym włóknem.
„Tiendas” – sklepy, to osobna historia, coś zupełnie wyjątkowego w dżungli. Jako, że wszelkie towary przywożone są z daleka, a czasem z bardzo, bardzo daleka, nie ma sklepów wyspecjalizowanych w sprzedaży jednego typu produktów. W „Tienda” w San Lorenzo można kupić absolutnie wszystko – od ubrań i butów, przez słodycze, sizalowe worki, budziki, artykuły papiernicze, aż po telewizory i kamery fotograficzne. Zdarzyło mi się kupować w warsztacie elektryka cukierki i plastikowe woreczki, a w aptece ozdobny wazonik. Nie ma zasady rządzącej handlem. Ceny są generalnie wyższe niż w pozostałych częściach kraju, zawsze trzeba doliczyć koszty transportu, wiec monety 10 czy 20 – to centowe nie pojawiają się w obiegu – nic nie jest tak tanie. Nie wiedząc tego na początku poszłam płacić za jakieś drobiazgi i powiedziano mi uprzejmie „ten pieniądz jest tu nieważny”...
Oczywiście Selva ma swoje typowe, niezwykłe potrawy, które można kupić w jednym z wielu stoisk na ulicy – stolik nakryty plastikową ceratą, metalowa kuchenka na drzewo, okopcone garnki. Juanes to kulka ostro przyprawionego ryżu z ukrytym w środku kawałkiem kurczaka. Zjedzenie jej nie wymaga używania talerza – Juanes podaje się zawinięte w ogromne ciemnozielone liście, które znakomicie służą za zastawę. Tacacho to przepyszny snack ze smażonego zielonego banana, ugniatanego z wyraźnymi w smaku przyprawami. Są też duszone w liściach maleńkie rybki i, sprawa najważniejsza, suri – spora biała larwa, którą podaje się smażoną, duszoną, w postaci szaszłyka, a słyszałam też o jedzeniu robaka żywego. Poza tym przysmakiem są tu smażone mrówki, małpy, żółwie i wszelka możliwa do upolowania w dżungli dziczyzna. Podstawą kuchni, tak jak dla nas ziemniaki, w selvie jest yuka – biały, włóknisty korzeń. Z niego właśnie przygotowuje się typowy napój amazońskiej dżungli – masato. Po zagotowaniu i gniecieniu yuki, kobieta zaczyna... mielić ją zębami, usuwając w ten sposób włókna i przy pomocy własnej śliny rozpoczynając fermentacje. Taką przegryzioną i wyplutą masę miesza ręką aby usunąć ostatnie włókna. Częstując nowo przybyłych masato, kobiety ustawiają się w kolejce- nie wolno odmówić nikomu, picie masato to rytuał akceptacji i przyjaźni, jest nawet wpleciony w bożonarodzeniową liturgię Indian.
Elżbieta Jakubek
|
Musisz się zalogować lub zarejestrować, aby dodawać komentarze.
Komentarze
Weź udział w dyskusji. (komentarzy: 1)







