|
Po powrocie z wyprawy, która nie miała tytułu, sponsorów i zaplanowanej trasy spotkaliśmy się z wieloma pytaniami. Najczęściej pytania te prawie nigdy nie wychodziły poza standardowe: Gdzie Wam się podobało najbardziej? Jak długo się przygotowywaliście? Gdzie was spotkały największe niebezpieczeństwa? Gdzie chcielibyście pojechać jeszcze raz? Zostaliśmy zaproszeni do napisania własnych spostrzeżeń z podróży a ja chciałabym odpowiedzieć na kilka banalnych pytań, które nigdy nie zostały zadane.

Na własnej skórze
Pierwsze z nich to czy się czegoś nauczyliśmy? I kiedy zadaję sobie to pytanie to odpowiedź zawsze jest dla mnie skomplikowana. Natomiast dla Filipa jest to prosta odpowiedź: Już nie myślę tak jak kiedyś. Jedno jest pewne, to była wymagająca szkoła z wieloma przedmiotami. Pierwszy zaliczony przedmiot, który i tak ciągną się przez cały okres podróży, to wyrabianie odporności psychicznej na rozmaite trudności i tak zwane przeciwieństwa losu. Były chwile kiedy mówiłam: Jeszcze tylko kawałek i wracamy. Brakowało motywacji. Determinacja jakby uleciała. Przeszkody były zbyt wysokie. Często pomocą w takich chwilach okazywali inni podróżnicy. Tak było w Nowej Zelandii, podczas pracy przy zbieraniu jabłek. Mieliśmy już dosyć upału, wiszenia jedną nogą na drabinie a drugą na chwiejącej się gałęzi. Inni z piosenką na ustach brali się do roboty w okolicznościach, w których ja w pozycji horyzontalnej snułabym rozważania typu, czemu życie jest takie ciężkie. Kolejną nauką było koncentrowanie się na teraźniejszości zamiast przyszłości, która i tak okazuje się być przecież niepewna. Najlepiej będzie jeśli znowu posłużę się przykładem. To było w Peru. Od paru dni zastanawialiśmy się czy pójść na Machu Picchu (notabene to jedna z największych atrakcji Ameryki Południowej). Dylematem były pieniądze. Denerwowało nas to, że kilkudniowa wyprawa do zaginionego miasta Inków kosztuje tak dużo - 200 dolarów. W grę wchodziła tańsza opcja, która i tak była, jak na naszą budżetową kieszeń bardzo wysoka. Poza tym irytowały nas tłumy ludzi wybierające się w to miejsce. My staraliśmy się zawsze wybierać spokojniejsze miejsca, mało znane przez turystów. Wiedzieliśmy, że przed nami jeszcze długa droga. Jeszcze będzie Kolumbia. Tam również jest turystyczna perełka, zaginione miasto Indian, dodatkowo miejsce rzadko uczęszczane. Zrezygnowaliśmy w ostatniej chwili. Właściwie rzut monetą zadecydował. Teraz żałuję. W Kolumbii również nie udało nam się pójść do zaginionego miasta. To dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że ciągle musimy szkolić się w sztuce cieszenia się tym, co mamy teraz. Mam przed oczyma sylwetki spotykanych przez nas osób, które fascynowały nas swoim uporem i odwagą. Motocykliści z Szwajcarii, którzy przejechali z Genewy przez cała Azję musieli się zatrzymać w Timorze Zachodnim. Na sąsiednim, Timorze Wschodnim rozpoczęła się wojna domowa i oni zostali niemalże uwięzieni. Celem było jechanie do przodu, nie zamierzali się cofać. Czekali tak tygodniami aby skończyła się wojna żeby ruszyć dalej. Udało im się. Rowerzyści w Himalajach to też zawsze budziło mój zachwyt i respekt. Dodawało wiary w siebie. Wiele osób zastanawia się jak można zorganizować i przetrwać taką wyprawę? Łapią się za głowę i mnożą pytania. Tak naprawdę to 99% problemów tkwi w naszej głowie, 1% rozwiązujemy na bieżąco, w rzeczywistości. Wielokrotnie martwiłam się na zapas. Jak wytrzymam upał i wilgotność np. w Amazonii, co zrobimy jak nas okradną? W praktyce wyszło tak, że najbardziej pamiętam burze śnieżną w Kolorado. A okradzeni zostaliśmy owszem, ale tylko raz i to przez właściciela motelu w Nowej Zelandii. Oczywiście była też cała masa mniej górnolotnych, praktycznych nauk dawania sobie rady w różnych turystycznych sytuacjach, takich jak ucieczka przed psami, naganiaczami bądź fałszowanie wydruków bankowych na potwierdzenie posiadania określonej ilości pieniędzy.

Już nie myślę tak jak kiedyś
Pięć kontynentów, różne ustroje, kultury i religie to źródło fascynacji, ale przede wszystkim własnych refleksji. Po podróży zadaję sobie więcej pytań, świat stał się dla mnie o wiele bardziej skomplikowany. I nie ma już spraw bezdyskusyjnych. Wszystko w naszym międzyludzkim świecie jest sprawą umowną. Zachowania, normy ludzkie, gesty w jednym miejscu oznaczają coś zupełnie innego w innym. Nauczyłam się większej tolerancji wobec inności. Wiem, że nasze, własne zwyczaje i zachowania wcale nie mają automatycznie statusu lepszych, czy bardziej logicznych. Zresztą, jeśli spojrzeć głębiej na te różnice, to często okaże się, że są one tylko w formie, a treść i sedno sprawy są takie same. Przypatrywaliśmy się też np. różnym świętom: islamskim, hinduskim, buddyjskim - jeśli zapomnieć na chwilę o różnych słowach, jakie przy takich okazjach się wypowiada, to okaże się, że wszędzie mamy jakąś orkiestrę, jakiś parkiet do tańczenia, jakieś wesołe miasteczko, jakiegoś sprzedawcę waty cukrowej, i gdzieś tam w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby posłuchać muzyki, potańczyć, zjeść coś słodkiego i ewentualnie się napić, słowem oderwać się na chwilę od codzienności. Bardzo podobnie sprawa wygląda z pobieraniem i wymuszaniem różnego rodzaju opłat od przyjezdnych. Nie ma znaczenia czy ktoś nazywa to kosztem wyrobienia wizy, taksą klimatyczną, podatkiem wjazdowym lub od używania drogi, mytem, cłem czy opłatą za podniesienie szlabanu. Pod tą całą warstwą frazeologiczną najważniejsze jest pytanie - ile? Oczywiście o tolerancję jest łatwo, gdy dotyczy ona spraw mniej lub bardziej błahych. Gorzej jest ze zwyczajami okrutnymi lub budzącymi kontrowersje z innych powodów, takimi jak przykladowo ofiary z ludzi, aborcja, niewolnictwo, ludożerstwo, samobójstwa, zjadanie kotów czy psów i sposób ich przygotowania do spożycia. W takich sytuacjach najczęściej dochodzi do starć. Przypomina mi się tutaj historyjka o tym, jak do angielskiego zarządcy kolonii indyjskiej zgłosili się Hindusi, domagając się zalegalizowania zwyczaju palenia wdów. Motywowali to wielowiekową tradycją. Anglik zaś odparł, że on też ma swoją wielowiekową tradycję, która nakazuje mu zamykanie do więzienia ludzi, którzy zabijają innych. A propos Anglików. Inną rzeczą, z jakiej mocno zdałam sobie sprawę podczas podróży, było odkrycie, że nasz aktualny świat w sensie układu geopolitycznego jest bardzo młody. Anglicy wycofali się z Indii zaledwie 59 lat temu, mnóstwo innych krajów zdobyło niepodległość jeszcze później. Przykładowo Pakistan, albo Bangladesz to państwa, które powstały po drugiej wojnie światowej.

Same zaskoczenia
W sensie bardzo ogólnym wszystko nas zaskakiwało. To jednak zupełnie inna sprawa uczyć się o czymś w szkole, czytać, a obcować z tym czymś na żywo, twarzą w twarz - mam na myśli tutaj np. miejsca - symbole typu, jezioro Titikaka w Boliwii i Peru oraz Varanasi w Indiach. Miejsca bardzo wyróżniające się swoją odrębną kulturą, religią, czy też niestety brudem. Kolejnym zaskoczeniem była gościnność w krajach islamskich, szczególnie w Pakistanie i Iranie. W Iranie, kilka dni podróżowaliśmy nie wydając w ogóle pieniędzy. Zapraszani byliśmy do wspólnych posiłków, ofiarowano nam obiad, przekąski. Wszystko po to, aby okazać nam swoją wdzięczność, że przyjechaliśmy tam i chcemy zobaczyć jaki naprawdę jest Iran, nie ten ociekający krwią z ekranów telewizora. Nie przeżyliśmy żadnych wielkich rozczarowań. Innym „rozczarowaniem” były pokoje hotelowe z insektami w Azji. I najważniejszym rozczarowaniem, które daje się odczuć jeszcze teraz i pozostanie na długo to, że podróż trwała tak krótko i już się skończyła. Wielokrotnie też słyszę zdania, że mam powody do dumy. Myślę, że naprawdę jedynym powodem do dumy było przezwyciężenie swoich własnych lęków i podjęcie decyzji o wyjeździe. To przesądziło o realizacji marzenia. Bo przecież moglibyśmy ciągle zwlekać, tak w nieskończoność mówić sobie, że nie w tym roku ale w następnym. Wszystko, co działo się później, było już tylko konsekwencją tej decyzji. Jej realizacja nie przekraczała trudnością tzw. zwykłego życia w mieście. Jak się zmotywować i zdecydować na wyjazd? Znaleźć znajomego, który powie nam w twarz, że jesteśmy za słabi na wyprawę i na pewno nam się nie uda.
Informacje o naszym gap year
- W SKRÓCIE: Podróż trwała dwa lata. Rozpoczęła się i zakończyła w Szczecinku. Początek to wrzesień 2004 a koniec w październiku 2006 roku.
- Zdjęcia z wyprawy dostępne w galerii "W dwa lata dookoła świata"
- ETAPY: Ameryka Południowa (Brazylia, Argentyna, Boliwia, Peru, Kolumbia, Wenezuela) Ameryka Północna (USA), Wyspy Fidżi, Nowa Zelandia, Australia, Azja (Indonezja, Malezja, Tajlandia, Bangladesz, Nepal, Indie, Pakistan, Iran, Turcja), Europa (z Turcji przez Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację, jak najszybciej do Polski).
- TRANSPORT - Przemieszczaliśmy się rozmaitymi środkami transportu, od samolotu po canoe, nie zapominając o najważniejszym środku transportu, jakim były nasze nogi.
- PIENIĄDZE - Cała podróż została sfinansowana przez nas samych. Podczas podróży głównie posługiwaliśmy się czekami podróżnymi American Express. Czeki można wymienić w bankach wszystkich krajów na naszej trasie za wyjątkiem Iranu, gdzie musieliśmy mieć dolary amerykańskie w gotówce.
- PRZEWODNIKI - Korzystaliśmy głównie z przewodników Lonely Planet (ang.) oraz Rough Guide (ang.) i Pascal (pol.) w których też jest bardzo dużo map.
- ZDROWIE - Przed podróżą zaszczepiliśmy się na żółtaczkę typu A i B. Dodatkowo, w Boliwii wzięliśmy szczepionkę przeciwko żółtej febrze. W niektórych miejscach zagrożonych malarią, profilaktyczne zażywaliśmy Arechin.
tekst Agnieszka Lisaj zdjęcia Agnieszka Lisaj i Filip Sztukiel więcej informacji o wyprawie na stronie www.agalisaj.com
|