| Wolontariat w Kenii |
|
Jakkolwiek zabawnie nie brzmiałby zdesperowany okrzyk siostry Pat, za Isiolo kończy się świat tzw. cywilizacji, z telefonem komórkowym, pocztą, stacją benzynową i świeżym pieczywem z piekarni na rogu. Zapuszczając się samochodem wgłąb pustynnych bezdroży, prowadzących do Korr, trzeba mieć świadomość, że od tego miejsca można liczyć już tylko na siebie, a zabłądzić znaczy spędzić upojną noc w buszu, zanim jakiś życzliwy Moran na migi nie wskaże nam drogi do celu.
Nie mogę się nadziwić, jak działa zmysł orientacji tych małych pastuszkow, którzy w porze suchej przemierzają ze stadem nawet do 100 km w poszukiwaniu wody i pastwiska. Do domu wracają, gdy nadchodzi pora deszczowa. Szkoła... może kiedyś słyszeli, że jest takie miejsce, gdzie dzieci uczą się czytać i pisać i co dzień rano biegną tam w czerwono-zielonym mundurku. Może nawet siostra czy brat mają taki sam. Im musi wystarczyć czerwony kawałek materiału zawiązany na biodrach, kolorowe koraliki na szyi i laska do odganiania hien, które w nocy czasem podchodzą zbyt blisko. Na widok zbliżającego się samochodu podnosi do góry obie ręce, próbując przegonić zdezorientowane stado. Sami mają nie mniej przerażony wyraz twarzy. Szeroko otwarte oczy i usta pokazują mieszankę zdziwienia, strachu i dziecięcej ciekawości. W końcu nie co dzień spotyka się takiego rozpędzonego blaszanego potwora z błyszczącymi oczami, groźnie warczącego i ziejącego dymem... z ogona?
Korr ze swoim tzw. Centrum obejmującym sklep lokalnego Muslima, dawno zepsuty wiatrak i kilkanaście murowanych domów co zamożniejszych mieszkańców, rozsianymi wokół manyattami z chatkami zbudowanymi z patyków, kartonów i wyklepanych puszek żywnościowych z napisem USA, Kościołem, misją, szkołą podstawową, przedszkolem i warczącym co wieczór generatorem jest niemal jak baśniową oaza. Jeszcze 30 lat temu nie było tu niczego poza piaskiem i kolczastymi zaroślami, między którymi pasły się kozy i wielbłądy. Ludność migrowała w poszukiwaniu wody, przenosząc na grzbietach osiołka lub swoich własnych dobytek całego życia. Dopiero wybudowana przez pierwszego misjonarza studnia pozwoliła tym nomadzkim plemionom zapuścić korzenie. Tak powstał Korr - zagubione w piaskach pustyni miasteczko, którego do tej pory nikt nie potrudził się nawet zaznaczyć na mapie. Dla kogoś takiego jak ja, kto całe swoje życie spędził otoczony tzw. kulturą zachodu, bardziej lub mniej świadomie przesiąkając cywilizacją i wszystkim tym, co ona ze sobą niesie, począwszy od wody w kranie, na prawach człowieka skończywszy, spotkanie z mentalnością i sposobem życia plemiennych społeczności Rendille i Samburu często wiąże się z poczuciem uderzania głową w mur. Boli i zostawia ślady, a jednak kusi, by poznać to, co po dugiej stronie.
Mimo ze młode pokolenie mieszkańców Korru to w jakimś procencie ludzie wykształceni - jeśli wykształceniem nazwiemy ukończenie 8 klas podstawówki - to tradycja, w której zostali wychowani, jest tak silna, że wciąż determinuje ich życiowe wybory i decyzje. W grudniu ubiegłego roku cała Manyatte Samburu ogarnął jakiś przedziwny hipnotyczny niemal stan. Po 14 latach oczekiwania, nadszedł czas obrzezania - czas, w którym chłopcy zostają mężczyznami, Moranami - zaczynają liczyć się w społeczeństwie, mają prawo założyć rodzinę. Niemal 80 młodych Samburu w przedziale wieku od 15 do 30 lat na cały miesiąc zostało wciśniętych w czarne kozie skóry i poddanych swoistemu praniu mózgu, przypominającemu wojskową musztrę w ostrym wydaniu. Przez cały miesiąc ta grupa tworzyła małe wojsko, posłuszne każdemu słowu Wazee - starszych. I żeby była jasność - to nie byli tylko pastuszkowie, którzy nie znają innego życia. Byli wśród nich uczniowie szkół średnich w Marsabit, Meru, Embu, absolwenci lokalnej Primary School, a nawet jeden nauczyciel, maszerujący ramię w ramię ze swoimi wychowankami. Sama ceremonia obrzezania przypadła kilka dni po Bożym Narodzeniu. Przywieziony z Logologo felcher o sadystycznym uśmiechu, z którego dawno wypadło kilka zębów, robił swoje w tempie błyskawicy, kasując za każdego klienta całkiem sporą sumę w gotówce. O higienę i dezynfekcję lepiej nie pytać - wystarczy wspomnieć, że misyjna przychodnia przeżywała w kolejnych dniach małe oblężenie, a zapas antybiotyku wystarczający zwykle na miesiąc ulotnił się w ciągu tygodnia. Końcowe obrzędy trwały do drugiej połowy stycznia.
Podczas gdy młodzi Morani biegali z łukami, polując na ptaki i dziewczęce kostki, rozpoczął się rok szkolny. Ci z mniej ortodoksyjnych rodzin po poparciu ze strony misji otrzymali pozwolenie na nieco wcześniejsze zrzucenie skór i dołączenie do swoich szkolnych kolegów, pozostali zaprzepaścili szanse na rozpoczęcie nauki w szkole średniej. Ale z tradycją - przynajmniej tutaj - się nie dyskutuje.
Katarzyna Dumańska
|
Musisz się zalogować lub zarejestrować, aby dodawać komentarze.
Komentarze
Weź udział w dyskusji. (komentarzy: 0)



Good Lord, I’m in the middle of nowhere!!! – krzyczy do słuchawki telefonu satelitarnego siostra Pat - Amerykanka od lat pracująca w Kenii, próbując zlokalizować samochód wiozący parafian z południa kraju na uroczystości w Marsabit. Dla niej Korr to tylko egzotyczny przystanek w drodze na połnoc, dla tutejszych ludzi, w tym od kilku miesięcy też dla mnie, centrum wszechświata – dom.


