Zaczęło się od niewinnego „Are you ready to go to Africa?”, a za tym poszła fala następstw tej decyzji, która na dobre odmieniła mój sposób myślenia, postrzegania świata i planowania przyszłości.
29. czerwca 2008
Dziś wręczenie krzyży misyjnych. Mała kaplica na poddaszu była wypełniona wolontariuszami, dźwiękiem gitary i radosnymi śpiewami. W jednej ławce zasiadła Etiopia, Ghana, Malawi, Peru i Zambia. w tym szczególnym dniu w Kościele rozpoczął się rok świętego Pawła – mojego wielkiego autorytetu posługi misyjnej. Ufam, że za Jego wstawiennictwem podołam zadaniu, które wyznaczył mi Bóg.
5. sierpnia 2008
W głowie słyszę słowa piosenki, które towarzyszyły mi w przygotowaniach do wyjazdu. Idę tam, gdzie prowadzi mnie Pan! Idę prosto tam! Wzięłam pierwszą tabletkę Malarone, ściągnęłam simlocka z telefonu, zapakowałam walizki do pociągu w kierunku Warszawy i pożegnałam na peronie rodziców. Jadę – wciąż nie mogę w to uwierzyć. Kiedy dojechałam do stolicy zjadłam ostatnią pizzę w tym miesiącu, krople wody mineralnej i wysłałam ostatnie smsy. Na kilka godzin przed odlotem czułam się całkowicie zagubiona. Nic dziwnego, że pierwszą rzeczą po odprawie, jaką zrobiłam, to pomyliłam miejsca odpraw. Wsiadłam do samolotu, który kilka minut wcześniej podjechał do oszklonego korytarza. Ruszyliśmy, a Warszawa znalazła się pod moimi stopami.
6. sierpnia 2008
Jestem już w Afryce! Siedząc na lotnisku w Nairobi (Kenia), uświadomiłam sobie, że wyleciałam na misje. Nic tak bardzo tego nie potwierdzało, jak moja ekscytacja, która przebudziła po ciężkiej nocy w samolocie. Siedząc na lotnisku zauważyłam, że śmiech, radość, żarty są na porządku dziennym, bez względu na wykonywane obowiązki. Chcę się tego od nich nauczyć, tak jak chciał ksiądz Bosko – bądź zawsze radosny. Szatan boi się ludzi radosnych. Zadanie, które przede mną stoi, na dzień dzisiejszy mnie przerasta i jestem tego świadoma. Jednak wiele osób za mnie się modli i to pomaga mi żyć w ufności, że Bóg nie bez powodu posłał mnie do Zambii. Tak swoją drogą, co do lotu samolotem to uwielbiam moment startu i lądowania – zetknięcie się połączenie dwóch żywiołów: ziemi i powietrza. Później zajmuję się wpatrywaniem w chmury, przez które (przy odrobinie szczęścia) widać życie na lądzie.
- Jesteś tylko na miesiąc?- James zapytał mnie z niedowierzaniem. Zdążyłam przez chwilę postać i pooddychać zambijskim powietrzem, a już stała koło mnie dwójka młodych ludzi. Kaleczony angielski w moim wydaniu i ich otwartość pozwala mi wierzyć, że kiedyś się z nimi dogadam. Centra handlowe - o ile można to tak nazwać, kontrastują z brudem, jaki panuje na ulicach. Nie ma śmietników. Wszystko, co jest bezużyteczne, pozostaje w kurzu ulicy. Czerwona ziemia w podmuchu wiatru zasypuje każdy skrawek powierzchni. Palmy roztaczają swoje liście. Wszystko to przywodzi na myśl bajkę „Króla Lwa”. Do tego obrazka dołączają dzieci, które błąkają się w poszukiwaniu zajęcia. Lewostronny ruch na rondzie mrozi krew w żyłach.
8. sierpnia 2008
Nie ma co narzekać na komunikację miejską. Co prawda nie ma metra czy tramwajów, ale wszędzie widać niebieskie busy. Zamiast biletów ulgowych i miesięcznych jest system targowania. Kolejnym ewenementem dla białego człowieka jest brak przystanków autobusowych. Jak krzykniesz to się zatrzymują. Częściej jednak to kierowcy wołają czy przypadkiem nie jedziesz tam, gdzie wiedzie ich kurs. Liczba miejsc siedzących nieograniczona. Częstotliwość kursu? No i tu witamy państwa w Afryce. Bus ruszy, kiedy będzie komplet pasażerów. Nie zapominajmy, że Europa ma zegarki, a Afryka ma czas.
9. sierpnia 2008
Doświadczenie techniki to niezwykła sprawa w całej Afryce. Oczekiwanie na prąd czy odpowiedni transfer Internetu uczy cierpliwości.
11. sierpnia 2008
O poranku zapakowaliśmy bagaże i mogliśmy wyruszyć do Mansy – miejsca mojej pracy misyjnej. Pomimo trzynastu godzin w autobusie, czas się nie dłużył. Ta spontaniczna radość z najmniejszych spraw – kury na polu, farma, pole uprawne, roztaczająca się zieleń. To obrazy, które są rzadkością dla ludności z północy. W tym wesołym gronie, pełnym zabawy i śpiewu czy tańca, moje myśli szły w zupełnie drugą stronę. Ja wpatrywałam się w lepianki (domy budowane z gliny), wioski pełne tych muzealnych zabytków sztuki etnicznej. Brak wody, światła. Wszystko to mijaliśmy w godzinach, kiedy mrok ogarnia ziemię, a cała wioska zbieraja się przy jednym ognisku. Dzieci tu nie zabraknie.
Moment przekroczenia granicy Mansy był niesamowity. Wjeżdżając do miasteczka, młodzież otworzyła wszystkie okna i śpiewała tak głośno, jak tylko się da. Kto miał tylko siły, wyszedł na ulicę, by powitać młodych mieszkańców Mansy, którzy powracali z wycieczki do stolicy. Po wypakowaniu walizek przywitałam się z całą wspólnotą sióstr salezjanek po czym dostałam klucz i poszłam do pokoju. Na biurku stały kwiatki i kartka z napisem „Agness. Wellcome to Mansa!”
14. sierpnia 2008
MULICHANI! Znaczy w języku bemba WITAJ!
Dzieciaki pojawiają się i znikają tak szybko, że nie jestem w stanie ich zliczyć, ani ogarnąć. Wykrzykiwane MZUNGU (z bemba biały) rozbrzmiewa na kilkanaście metrów. Usiadłam na kilka minut na skale, a wokół mnie znalazła się liczna gromada dzieci, które usiadły wokół mnie, kiedy już na kolanach nie było miejsca. Nie zrozumiały ani słowa, które do nich mówiłam; krzyczały, gimnastykowały się. Całe ich życie znajduje sens w jednej chwili. Nie liczyło się nic prócz tego, kto pierwszy dobiegnie do roweru pozostawionego przez Marka. Maksymalna szczerość zmieszana z minimalną ilością skrępowania.
18. sierpnia 2008
Dziś rozpoczynają się szkolenia dla matek przedszkolaków. Do holu zaniosłam wszystkie materiały, które przygotowywałam przez ostatni tydzień. Trzeba być gotowym na wszelkie ewentualności i brak prądu, szczególnie w godzinach porannych. No i zaczęło się z afrykańskim poczuciem czasu. Z potem na czole wylewam z siebie słowa, które później tłumacz zamieniał na język lokalny bemba. Istotnym faktem, który miał miejsce jest moment przywitania z osobą dorosłą. Szacunek okazywany kobietom pozwolił mi na przełamanie pewnej bariery. Jest dobrze.
23. sierpnia 2008
w głowie wciąż słyszę wszystkie dźwięki i widzę obrazy, które rejestrowałam przez ostatnie kilka dni. Wycieczka na północ pozwoliła stworzyć w wyobraźni obraz Zambii, by już nie ograniczać się wyłącznie do Mansy. Jeszcze trwa zima, a moja skóra o kolorze czerwonym daje znać, że temperatura się podwyższyła. Pozostał mi tydzień życia w Zambii. Nie jestem w stanie tego zrozumieć, jak trudno mi było pojąć że tu przyjadę.
1. września 2008
Wczoraj odwiedziny, pożegnania, życzenia bezpiecznej podróży, wiele pytań, na które odpowiedź nie padnie. Wieczorne spotkanie pożegnalne zamyka pewien rozdział życia dla kilku osób, które spędzą ostatnią noc pod niebem Mansy. Nostalgia mnie ogarnęła, kiedy wsiadłam na pakę samochodu i odjeżdżałam z mojej małej ojczyzny.
3. września 2008
Płonący busz, wysuszone i poczerniałe drzewa, dzieci machające podróżnym, cierpliwość wobec żaru płonącego słońca, dotyk gorącej ziemi, koloru czerwonego. Na końcu widok czarnych ludzi, którzy pokazali mi inny świat. Czas zapakować pamiątki, zostawić ubrania dzieciakom i zamknąć rozdział „Zambia 2008”.
Autor tekstu i zdjęć: Agnieszka Mazur, wolontariuszka SWM Młodzi Światu




