Konrad Karpieszuk - wolontariusz w Rwandzie, zwany przez tamtejszych tubylców muzungu. Jeśli miałby nadać tytuł swojej podróży to brzmiał by on po prostu Konrad jest w Rwandzie.
Fragment z bloga Konrada: Sto osiem dni życia na zupełnie innej planecie. W świecie, w którym globalny kryzys finansowy nie ma żadnego znaczenia, nikt nie słyszał o iPodzie i nikt nie marzy o wakacjach w Chorwacji… […] Bo ważniejsze od pracy, od pieniądza i od wszystkiego innego są właśnie kontakty z innymi. Z każdym trzeba się przywitać, każdego pozdrowić. Nawet jeśli nie mają nic do robienia, wychodzą na ulice by rozmawiać z innymi o niczym. I nigdzie się nie spieszyć.
Moje życiowe motto to….
Problem to zakamuflowana możliwość
Gdzie aktualnie jesteś i od jak dawna i jak długo jeszcze zamierzasz tam być?
Od ponad dwóch i pół miesiąca jestem w Nyamata w Rwandzie. Będę tu jeszcze niecały miesiąc.

Skąd pomysł na taki wyjazd, Twój cel wyjazdu? Czy trudno było podjąć decyzję? Jak wyglądały przygotowania do niego?
Pierwszy raz pomysł padł z ust mojej koleżanki, która napomknęła, że chętnie by pojechała na wolontariat do Afryki. Ona nie pojechała, ale za to ja teraz jestem w Rwandzie. Nigdy wcześniej o czymś takim nie myślałem, a zabrzmiało to dla mnie rewelacyjnie. Pomysł jednak pozostawał pomysłem przez niemal cały rok, bo nie wiedziałem jak za takie coś się zabrać. W międzyczasie zostałem wolontariuszem w moim rodzinnym Białymstoku, gdzie uczyłem starsze osoby obsługi komputerów w Społecznych Pracowniach Edukacyjno – Komputerowych (SPEK). I nagle nastąpiły po sobie dwa ważne wydarzenia: mój szef z pracy powiedział, że zamyka firmę i będzie musiał mnie zwolnić, a zaraz potem szef z wolontariatu powiedział, że pojawiła się okazja by jechać do Afryki szkolić ludzi z obsługi komputerów. Nie zastanawiałem się dosłownie ani chwili. W sekundę po tym stwierdzeniu powiedziałem, że jadę. Potem powiedziałem jednak, że chcę dostać 4 dni na znalezienie powodów by nie jechać. Na szczęście nie znalazłem.
Okazało się jednak, że wyjazd do Afryki to nie taka prosta sprawa, nawet jeśli organizuje to polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych (to oni stworzyli projekt Wolontariatu Polska Pomoc, z którego skorzystał SPEK). Wszystko zaczyna się od napisania projektu, który potem konkuruje z innymi, a o sfinansowaniu go decyduje MSZ. Na spotkaniu w Ministerstwie widziałem jak etatowi pracownicy szacownych polskich organizacji pomocowych głośno wyrażali swoje zdanie, że nie ma szans by sprostać wszystkim wymaganiom i część z nich nie dotrwała do końca prezentacji programu. Jednym z głównych powodów oburzenia był czas jaki dało MSZ: projekt miał być złożony w ciągu dwóch tygodni, a wyjadacze mówili, że takie coś piszę się co najmniej miesiąc. Podłamało mnie to nieco – bo jeśli oni się poddają, to co mam począć ja, który pierwszy raz coś takiego robi? Co więcej jako, że miałem za kilka dni wyjechać na Łotwę, na napisanie projektu tak naprawdę miałem tylko trzy dni. Bez szans.
Ale jadąc z powrotem z Warszawy pociągiem pomyślałem, że spróbuję. Wizja pisania czegoś tak wielkiego w trzy dni wyglądała dla mnie na niemożliwą do wykonania i dlatego się zdecydowałem. Szczerze mówiąc zakładałem, że to mi się nie uda, ale chciałem przynajmniej zobaczyć jak to się robi.
I udało się. Wstawałem o piątej rano, kładłem się spać około północy. Nie wychodziłem z domu. Pisałem, dzwoniłem, szukałem, wysyłałem faksy do MSZ, odbierałem przesyłki z Rwandy. Nigdy czegoś takiego nie robiłem, ale cały czas sobie powtarzałem, że już za kilkanaście, kilka godzin będzie po wszystkim.
Po powrocie z Łotwy dowiedziałem się, że MSZ projekt rozpatrzyło pozytywnie.
Następny ważny krok to szkolenie przedwyjazdowe w MSZ. Tydzień pracy od świtu do zmierzchu ale z powodu świetnej organizacji nikt nie był zmęczony. Ja i inni wolontariusze żałowaliśmy na koniec, że to tylko tydzień. Szkolenie też było od razu sprawdzianem dla nas. Przebadano nas pod względem fizycznym i psychicznym, zrobiono nam sprawdzian z wiedzy o Afryce jaką nam wyłożono na szkoleniu. Po wszystkim zapadł werdykt: Jedziesz.
Skąd zdobyłeś środki na ten wyjazd?
Środki finansowe w stu procentach otrzymałem z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Musiałem sobie jednak jeszcze załatwić środki materialne: laptopa i aparat fotograficzny. Napisałem o tym na swoim blogu dotyczącym wyjazdu, na kilku forach na GoldenLine.pl. Bardzo szybko odezwała się do mnie firma IMPAQ z ofertą wypożyczenia tego sprzętu.
Czy masz poczucie, że coś poświęcasz, z czegoś rezygnujesz? A może raczej, że żyjesz pełnią życia?
Poczucie wyrzeczenia się czegoś – głównie jakiejś kariery zawodowej i zarabiania pieniędzy – miałem przed wyjazdem. Powinienem zatroszczyć się o dom, zająć w końcu jego jako takim urządzeniem, zacząć myśleć o rodzinie. Oczywiście podpowiadałem sobie, że taki wyjazd da mi niesamowite doświadczenie i zapewne otworzą się przede mną nowe możliwości, ale nie byłem o tym przekonany.
Dopiero teraz na miejscu okazuje się, że wyjazd był trafem w dziesiątkę. Do końca życia będę go wspominać, dzieje się tu tak wiele tak różnych rzeczy od tych, które spotkać mnie mogłyby w Polsce. A moje nadzieje, na nowe możliwości zawodowe wydają się ziścić bardziej niż przypuszczałem. Ale nie chcę zapeszać, bo nic nie jest jeszcze pewne.

Prowadzisz bloga w czasie podróży – czym dla Ciebie jest Internet w czasie podróży? Czy twój blog czasem Ci jakoś pomaga?
Tak. Pomaga przede wszystkim w kontakcie ze znajomymi i rodziną. Nie podejrzewałem, że będzie go czytać nawet moja mama. Co więcej poznałem dzięki niemu wiele nowych osób, a jego popularność jest dla mnie zaskoczeniem. Myślałem, że będzie go odwiedzać garstka znajomych, tymczasem miesięcznie notuje on kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy odsłon. Widocznie więcej ludzi w Polsce spragnionych jest takich przygód, jakie spotykają mnie.
A jaki jest niezbędnik wolontariusza Konrada?
W kategorii niezbędnika przychodzą mi do głowy tylko rzeczy, które zapomniałem zabrać: filmy, leki przeciwbólowe (właśnie męczę się z olbrzymim bólem zębów) i wiele, wiele innych drobiazgów. Nie mogłem jednak wszystkiego przewidzieć. Nie spodziewałem się na przykład, że w domu nie będziemy mieć kuchni i jeśli kupuję sobie jakiś owoc, nie mam właściwie czym go obrać i w czym przyrządzić.
Skąd bierzesz siłę na to wszystko? W jaki sposób ładujesz swoje akumulatory? Co powtarzasz sobie, kiedy jest Ci naprawdę źle?
Przez większość czasu jest dobrze, więc nie potrzebuję odpalać akumulatorów. Czasami jednak dają się we znaki różnice kulturowe i moje zmęczenie prymitywnością tutejszego świata. Dawno jednak odkryłem, że stres niweluje u mnie sprzątanie lub zajęcie się innymi prostymi, nie wymagającymi myślenia rzeczami. Łapię za miotłę i szoruję podłogi. Patrzą na mnie jak na dziwaka – tutaj sprząta mieszkania służba, a już na pewno nie biały człowiek – ale nie zważam na to i się relaksuję.
Za czym tęsknisz będąc daleko od domu?
Oczywiście za rodziną, bliskimi i znajomymi, ale muszę przyznać, że tęsknota nie jest duża. Po pierwsze mam internet i jestem z nimi w stałym kontakcie. Po drugie wiem, że rozstaję się z nimi na trzy i pół miesiąca, a nie jest to dla mnie długi okres czasu. I po trzecie czuję się tutaj jak na zupełnie innej planecie czy też zupełnie innym życiu. Wszystko w Polsce jest takie odległe. Z rzeczy materialnych okropnie tęsknię za kiełbasą.
Czy snujesz już plany kolejnych wypraw?
Listopad i grudzień zamierzam przeznaczyć na regenerację, a w styczniu będę myślał co dalej. Idealnie byłoby znaleźć pracę w jakimś egzotycznym kraju. Jeśli to się nie uda, spróbuję po prostu gdzieś się wybrać – czytelnicy obiecali mi, że pomogą mi sfinansować ewentualne dalsze wojaże, więc trzymam ich za słowo. Ale szczerze mam nadzieję, że nie będzie to konieczne i trafię na jakiś fajny zagraniczny wakat pod palmami.
Jaka była najbardziej lekkomyślna rzecz jaką zrobiłeś w czasie swojej podróży?
Wyprawa do obozu dla uchodźców z Kongo. Trochę się obawiałem tego wyjazdu, ale osoba, która chciała mnie tam zabrać, zapewniała, że wszystko będzie w porządku. W efekcie nie wpuszczono mnie tam, musiałem w nocy spróbować wydostać się z gór, a osoba która mnie zabrała, trafiła na kilka dni za to do więzienia. Szczegóły opisałem na blogu, ale dodam, że wszystko skończyło się ostatecznie bardzo dobrze. Jedynie przekonałem się jak czasem trzeba uważać, zwłaszcza jeśli się nie zna różnych drobiazgów składających się na dany kraj (w tym wypadku stosunków pomiędzy Rwandą a Kongo; zostałem wzięty za szpiega i teraz się temu nie dziwie).
Najczarniejsze wspomnienie?
Pierwszy dzień choroby. Mdlałem, miałem dziwne odczucia neurofizyczne. Myślałem od razu o najstraszniejszych chorobach Afryki, tych które zabijają, a lekarze mogą tylko patrzeć. Na szczęście okazało się to w miarę banalną salmonellozą, ale pierwszy raz w życiu chyba się tak bałem.
Najciekawsze odkrycie kulinarne?
Co najdziwniejszego jadłeś?
Chodzące po jedzeniu chrząszcze i włosy w nim Niestety tutejsza kuchnia mi nie odpowiada za bardzo. Nie ma niczego, co moglibyśmy im smakowo zazdrościć (może poza mnogością odmian bananów i kilkoma innymi owocami, których nazw czasem nawet nie znam). W większości jest zapożyczona z Europy: frytki, spaghetti, cola i jajecznica.
Jak opisałbyś smak Afryki?
Smak jest słony, nawet banany są słone. Bardziej jednak chcę opisac jej zapach. Powietrze ma naprawdę słodki zapach, nie wiem skąd on się bierze.
Nie bałeś się malarii? Śmiertelne przypadki zdarzały się także wśród polskich podróżników.
Akurat tej choroby nie bałem się zbyt specjalnie. Oczywiście przygotowałem się na ile mogłem – codziennie biorę leki antymalaryczne, mam ze sobą różne repelenty – ale powiedziałem sobie co będzie to będzie. O dziwo na miejscu na szczęście okazało się, że malaria nie jest taka powszechna jak się obawiałem. Komarów nie widzę prawie w ogóle, jak dotąd nie słyszałem też by ktoś z osób, które tu znam na malarię zachorował. W efekcie repelenty stoją nie ruszone prawie w ogóle.
Czego uczysz się od mieszkańców Rwandy?
Relacji międzyludzkich. Tego wszyscy powinniśmy im zazdrościć.
Kiedy myślisz o powrocie - czekasz na ten moment, czy się go obawiasz? Czy zastanawiasz się jak to będzie znów powrócić do normalnego świata?
Trochę już na to czekam, ale chyba bardziej się obawiam. Nie chcę wracać do tak zwanego normalnego życia. Co więcej gdy zobaczyłem zupełnie inny świat jakim jest Afryka i zachwyciłem się jego odmiennością, inną jakością relacji międzyludzkich i innym poziomem problemów, obawiam się, że wpadnę w depresję gdy wrócę do Polski i jej starych problemów. Ale zobaczymy!
Zdjęcia: Konrad Karpieszuk konradjestwrwandzie.wordpress.com
Konrad w listopadzie 2008 roku wrócił do Polski.




