Praca wolontariusza na misjach ma różne oblicza. Budujemy, leczymy, uczymy. Z ostatnim z zadań zmierzyły się Agnieszka Górny i Ania Cecot. Wolontariuszki, które przez rok pracowały w Centrum Edukacyjnym w Nkhotakota, w Malawi.
Jakie byly Wasze obowiązki?
Ania: W tym czasie obie prowadziłyśmy zajęcia w przedszkolu z grupą ok. 30 dzieci w wieku 2-5 lat. Chociaż trwały do przedpołudnia, to często czekałyśmy z dziećmi, aż przyjdzie po nie ktoś z rodziny. Obowiązkowa była siesta poobiednia, jednak szybko z niej zrezygnowałyśmy na poczet piętrzących się obowiązków. Dopiero późnym popołudniem wychodziłyśmy na plac przy parafii i spędzałyśmy tam czas z tymi dziećmi, którymi nie miał się kto zająć. Założyłyśmy z nimi drużynę siatkówki juniorów. Dużym zainteresowaniem cieszyły się też zajęcia komputerowe dla młodzieży. W styczniu rozpoczął się nowy rok szkolny, a wraz z nim zakończyła się nasza praca w przedszkolu. Zajęłyśmy się klasami starszymi, prowadząc przedmiot „Expressive arts”.
Agnieszka: „Expressive arts” to jest mieszanka, której polskimi odpowiednikami byłaby plastyka, technika, w-f. Łączy się tu naukę kreatywnego myślenia z rozwijaniem praktycznych umiejętności, takich jak samodzielne konstruowanie miotły czy prysznica.
Co uznałybyście, po rocznym pobycie w Nkhotakota, za najbardziej fundamentalną potrzebę ludzi, którzy tam mieszkają?
Ania: Początkowo pomyślałam o dorosłych już mieszkańcach, ale przecież żeby dokonać jakiejkolwiek większej zmiany, to trzeba zaczynać od dzieci. A tu najważniejsze jest przede wszystkim pobudzenie kreatywnego myślenia. Zajęcia tam wyglądają tak, że dzieci kopiują wszystko, co jest na tablicy. Kiedy muszą wymyślić coś same, to czują się bardzo zakłopotane. Oczywiście nie jest to charakterystyczne tylko dla dzieci w Afryce. Wiem, bo pracowałam też w polskim przedszkolu, niemniej jednak jest to istotny problem, nad którym trzeba pracować, szczególnie, że tamte dzieci wykazują wyjątkowo pasywną i roszczeniową postawę.
Agnieszka: Innym problem są finanse. Szkoła podstawowa jest za darmo i widać, że na tym etapie edukacji dzieci chcą się uczyć. Potem przychodzi czas szkoły średniej, a tutaj barierą są już pieniądze, choć większość jakoś sobie z tym radzi, część korzysta też z programów adopcji na odległość. Jednak na tym etapie edukacja zazwyczaj się kończy, ponieważ niewielu stać na kolejną szkołę. Do tego dochodzi problem, że szkoła średnia przypomina nieco nasze liceum i nie daje żadnego zawodu. Więc często bardzo uzdolniona młodzież zostaje w swoich domach i czeka ewentualnie na pieniądze z adopcji, dzięki którym mogłaby przejść do kolejnego poziomu nauki. Niektórzy uczniowie z Nkhotakota, dzięki programowi adopcji na odległość prowadzonemu w parafii, mogą uczęszczać do Instytutu Technicznego prowadzonego przez Salezjanów w stolicy w Lilongwe. Tam zdobywają konkretne zawody, takie jak sekretarka, elektryk, informatyk. Widziałyśmy, jak ta szkoła zmienia tych ludzi!
A jak wygląda edukacja na tym początkowym, bardziej powszechnym etapie: w szkole podstawowej i średniej?
Agnieszka: Wydaje mi się, że tu największym problemem jest język. Dzieci uczą się angielskiego dopiero od czwartej klasy, a następnie mają od razu duże teksty i podręczniki w całości po angielsku. Brakuje więc takiej stopniowej edukacji, wprowadzania gramatyki i słownictwa. Przez te braki dzieci mają później bardzo ograniczony dostęp też do innych przedmiotów. Starałam się robić dla nich w międzyczasie lekcje z podstaw angielskiego. Przy czym szczególnie dziewczyny są słabe z angielskiego, chłopcom wychodzi to lepiej.
Skąd ta nierówność?
Ania: Nauczycielki na to pytanie odpowiadały nam, że taka jest ich kultura. To stąd wynika, że dziewczyny są nieśmiałe – odpowiadają za dom, rodzinę, podczas gdy mężczyzna jest tym, który rusza w świat. Jeżeli zdarzają się dziewczyny bardziej aktywne, śmielsze to bardzo cierpią, kiedy zostają na takiej wiosce, ponieważ są tam osamotnione. Mogłyśmy to też zaobserwować w czasie prowadzenia zajęć komputerowych: chłopcy garnęli się śmiało, z kolei dziewczyny to my musiałyśmy przekonywać. Innym powodem ich wstydliwości była też nieznajomość angielskiego.
Czyli formalnie dziewczyny i chłopcy mają dokładnie takie same szanse?
Agnieszka: Wszystko zależy chyba od rodziny, czy chłopcy z dziewczętami mają jednakowe szanse, czy też nie. To ojciec o tym decyduje i wydaje mi się, że jednak w pierwszej kolejności do wszystkiego wysyłani są chłopcy.
Autor tekstu: Joanna Soćko z SWM Młodzi Światu
Więcej o wolontariacie SWM znajdziesz znajdziesz na stronie www.swm.pl




