Good Lord, I’m in the middle of nowhere!!! – krzyczy do słuchawki telefonu satelitarnego Pat - Amerykanka od lat pracująca w Kenii, próbując zlokalizować samochód wiozący parafian z południa kraju na uroczystości w Marsabit. Dla niej Korr to tylko egzotyczny przystanek w drodze na połnoc, dla tutejszych ludzi, w tym od kilku miesięcy też dla mnie, centrum wszechświata – dom.
Nie mogę się nadziwić, jak działa zmysł orientacji tych małych pastuszkow, którzy w porze suchej przemierzają ze stadem nawet do 100 km w poszukiwaniu wody i pastwiska. Do domu wracają, gdy nadchodzi pora deszczowa. Szkoła... może kiedyś słyszeli, że jest takie miejsce, gdzie dzieci uczą się czytać i pisać i co dzień rano biegną tam w czerwono-zielonym mundurku. Może nawet siostra czy brat mają taki sam. Im musi wystarczyć czerwony kawałek materiału zawiązany na biodrach, kolorowe koraliki na szyi i laska do odganiania hien, które w nocy czasem podchodzą zbyt blisko. Na widok zbliżającego się samochodu podnosi do góry obie ręce, próbując przegonić zdezorientowane stado. Sami mają nie mniej przerażony wyraz twarzy. Szeroko otwarte oczy i usta pokazują mieszankę zdziwienia, strachu i dziecięcej ciekawości. W końcu nie co dzień spotyka się takiego rozpędzonego blaszanego potwora z błyszczącymi oczami, groźnie warczącego i ziejącego dymem... z ogona?
Wszystko to brzmi jak historia z początku ubiegłego wieku. Jednak tu, w samym sercu pustyni Kaisut, takie życie wiedzie zdecydowana większość zamieszkujących te tereny Samburu i Rendille. W przeciętnej rodzinie, która w Polsce kwalifikowałaby się prawdopodobnie do solidnej zapomogi państwowej z uwagi na liczne potomstwo i zasługi na polu podnoszenia przyrostu naturalnego, spośród ósemki czy dziesiątki dzieci, zwykle tylko jedno wygrywa jak na loterii szkolny mundurek i bilet do innego życia. Reszta nawet dobrze nie wie, co traci. Chłopcy większość życia spędza wśród zwierząt, dziewczęta zaszyte w obrębie swojej manyatty, będą czekały na mężczyznę swojego życia, wybranego przez zapobiegawczych rodziców. Tak po prostu jest – z tradycją się nie dyskutuje.
Korr ze swoim tzw. Centrum obejmującym sklep lokalnego Muslima, dawno zepsuty wiatrak i kilkanaście murowanych domów co zamożniejszych mieszkańców, rozsianymi wokół manyattami z chatkami zbudowanymi z patyków, kartonów i wyklepanych puszek żywnościowych z napisem USA, Kościołem, misją, szkołą podstawową, przedszkolem i warczącym co wieczór generatorem jest niemal jak baśniową oaza. Jeszcze 30 lat temu nie było tu niczego poza piaskiem i kolczastymi zaroślami, między którymi pasły się kozy i wielbłądy. Ludność migrowała w poszukiwaniu wody, przenosząc na grzbietach osiołka lub swoich własnych dobytek całego życia. Dopiero wybudowana przez pierwszego misjonarza studnia pozwoliła tym nomadzkim plemionom zapuścić korzenie. Tak powstał Korr - zagubione w piaskach pustyni miasteczko, którego do tej pory nikt nie potrudził się nawet zaznaczyć na mapie. Dla kogoś takiego jak ja, kto całe swoje życie spędził otoczony tzw. kulturą zachodu, bardziej lub mniej świadomie przesiąkając cywilizacją i wszystkim tym, co ona ze sobą niesie, począwszy od wody w kranie, na prawach człowieka skończywszy, spotkanie z mentalnością i sposobem życia plemiennych społeczności Rendille i Samburu często wiąże się z poczuciem uderzania głową w mur. Boli i zostawia ślady, a jednak kusi, by poznać to, co po dugiej stronie.
Mimo ze młode pokolenie mieszkańców Korru to w jakimś procencie ludzie wykształceni - jeśli wykształceniem nazwiemy ukończenie 8 klas podstawówki - to tradycja, w której zostali wychowani, jest tak silna, że wciąż determinuje ich życiowe wybory i decyzje. W grudniu ubiegłego roku cała Manyatte Samburu ogarnął jakiś przedziwny hipnotyczny niemal stan. Po 14 latach oczekiwania, nadszedł czas obrzezania - czas, w którym chłopcy zostają mężczyznami, Moranami - zaczynają liczyć się w społeczeństwie, mają prawo założyć rodzinę. Niemal 80 młodych Samburu w przedziale wieku od 15 do 30 lat na cały miesiąc zostało wciśniętych w czarne kozie skóry i poddanych swoistemu praniu mózgu, przypominającemu wojskową musztrę w ostrym wydaniu. Przez cały miesiąc ta grupa tworzyła małe wojsko, posłuszne każdemu słowu Wazee - starszych. I żeby była jasność - to nie byli tylko pastuszkowie, którzy nie znają innego życia. Byli wśród nich uczniowie szkół średnich w Marsabit, Meru, Embu, absolwenci lokalnej Primary School, a nawet jeden nauczyciel, maszerujący ramię w ramię ze swoimi wychowankami. Sama ceremonia obrzezania przypadła kilka dni po Bożym Narodzeniu. Przywieziony z Logologo felcher o sadystycznym uśmiechu, z którego dawno wypadło kilka zębów, robił swoje w tempie błyskawicy, kasując za każdego klienta całkiem sporą sumę w gotówce. O higienę i dezynfekcję lepiej nie pytać - wystarczy wspomnieć, że misyjna przychodnia przeżywała w kolejnych dniach małe oblężenie, a zapas antybiotyku wystarczający zwykle na miesiąc ulotnił się w ciągu tygodnia. Końcowe obrzędy trwały do drugiej połowy stycznia.
Podczas gdy młodzi Morani biegali z łukami, polując na ptaki i dziewczęce kostki, rozpoczął się rok szkolny. Ci z mniej ortodoksyjnych rodzin po poparciu ze strony misji otrzymali pozwolenie na nieco wcześniejsze zrzucenie skór i dołączenie do swoich szkolnych kolegów, pozostali zaprzepaścili szanse na rozpoczęcie nauki w szkole średniej. Ale z tradycją - przynajmniej tutaj - się nie dyskutuje.
Przyjeżdżając do Korru, najpierw brakuje tchu: odmienność tego miejsca i kultury bombarduje swoim bogactwem i nie pozwala na krytyczne spojrzenie. Dopiero czas, obecność i próby poznania i zrozumienia pokazują, że jak zawsze kij ma dwa końce. Z jednej strony kultura i tradycja Samburu i Rendille to olbrzymie bogactwo i dziedzictwo, którego nie wolno pogrzebać, z drugiej strony uparte trwanie przy tradycyjnych przekonaniach wiąże ręce i blokuje rozwój tego miejsca, a tym samym jego mieszkańców.
Zapada wieczór. Siostra Pat zasypia spokojnie - dojechali, tym razem nie trzeba będzie przeczesywać pustynii w poszukiwaniu zaginionego samochodu. Słychać już warkot generatora – w przedszkolu świeci się światło, gromadka dzieciaków odrabia lekcje. Z kuchni dobiega słodki zapach herbarty z mlekiem i rozgotowanego ryżu ze śladowymi ilosciami kozy. Starsi chłopcy kończą grać w koszykówkę, Aburo - sześciolatka z pobliskiej manyatty popycha nogą 10 litrowy baniak z woda. W jej manyacie życie dopiero się zaczyna - przy rozpalonym ognisku Wazzee dyskutują i podejmują decyzje dotyczące całej wspólnoty. Oni właśnie tu, pośrodku niczego, mają swoje centrum wszechświata, swoje wszystko, swoj DOM.
Autor tekstu: Katarzyna Dumańska, pracowała jako wolontariuszka SWM w Kenii w 2006r




