| Spis treści |
|---|
| Życie na Marsie |
| Z EVS do Azerbejdżanu |
| Inni też są fajni |
| Wszystkie strony |
Czyli dziękuję za ofertę pracy, ale wyjeżdżam do… Azerbejdżanu
Jest już piąta po południu, ale lejący się z nieba letni żar i duża wilgotność powietrza nadal nie pozwalają na chwilę wytchnienia. Zdejmuję na moment ciemne okulary i wycieram z czoła pot zalewający mi oczy. Rozglądam się dookoła. Jak wzrokiem sięgnąć w rozgrzanym powietrzu majaczy tylko szary betonowy krajobraz. Planeta Baku.
Z jednej strony naftowe bogactwo – szklane apartamentowce, luksusowe samochody i drogie restauracje, z drugiej przygnębiające swoją biedą szare dzielnice, straszące nigdy nieremontowanymi postsowieckimi blokowiskami. „Wykończą mnie te upały…” – mówię do siebie ciężko wzdychając i wyciągam z plecaka piłkę.

Tymczasem na dziurawym asfaltowym boisku zebrała się już spora grupa około czterdziestu dzieciaków z okolicznych bloków. Otoczyły nas szczelnie ze wszystkich stron i, przepychając się między sobą, roześmiane raz za razem krzyczą „Hello! Hello!”. Po kolei ściskam wszystkie wyciągnięte w moją stronę dłonie, przywołując jednocześnie w pamięci imiona każdego z urwisów. Z niektórymi z nich widziałem się już dzisiaj na porannych lekcjach języka angielskiego. Popołudnia jednak zawsze przeznaczone są na gry i zabawy. Dziewczynki chciałaby oczywiście zagrać w siatkówkę, natomiast dla poubieranych w kolorowe koszulki znanych klubów piłkarskich chłopców istnieje tylko futbol. Część z nich może by i nawet zagrała w coś innego, ale na pewno nie z dziewczynami. No chyba, że przeciwko dziewczynom. Wtedy gra nabiera zupełnie innego wymiaru. Razem z Faouzim próbujemy jakoś zapanować nad tą rozszalałą gromadą, jednak obaj dobrze wiemy, że śmiechy, wrzaski i kłótnie stanowią istotną część zabawy. W tym samym czasie obok nas Kirsty próbuje wytłumaczyć sfrustrowanemu siedmiolatkowi, że tatuaż to taki rysunek na skórze i nie może mu go tak po prostu oddać. Słowem zwykły dzień z życia wolontariusza w Baku.




